piątek, 13 września 2013

DWORZEC

Znowu dworzec kolejowy. Kraków. Pierwszy raz byłam jak miałam kilka lat. Nie pamiętam ile. Jechaliśmy z Katowic na wieś na wakacje. W Krakowie była przesiadka na pociąg do Chabówki. W pociągu z Katowic był potworny tłok. Cała drogę siedziałam w korytarzu na walizce. Tekturowej szaro-niebieskiej walizce, w której cały rok mam trzymała rzeczy z innej pory roku. W zimie letnie, latem zimowe. Uwielbiałam wyjmować  w zimie letnie sukienki mamy. Jej kreację sylwestrową – bluzkę z falbankami, czerwoną, w róże. Pamiętam tego sylwestra , gdy szyła ją do czarnej długiej spódnicy, do tego czarny pasek z broszką po prababci zamiast klamry i naszytymi koronkami. Chyba do tej pory marzę o takiej bluzce, do tej pory falbanki i róże chodzą mi po głowie.
Na wakacje walizka zmieniała swoje przeznaczenie i stawała się tym czym była naprawdę, walizką, pudłem, do którego pakowało się rzeczy na podróż. I ławką, na której mama położyła poduszkę, żebym mogła się przespać. Bo jechaliśmy nocnym pociągiem. Popołudniu rodzice spali przed podróżą. Nie wiem czy spali naprawdę, czy tylko udawali, żeby mnie zmusić do spania. Ale ja nie spałam. Tak samo jak nie potrafiłam zasnąć po obiedzie w przedszkolu, tak samo teraz nie mogłam zasnąć. Wizja całonocnej podróży była tak ekscytująca, że nie mogłam tak po prostu spać. I w pociągu też nie spałam. Wiele lat jeszcze miałam powód do przechwalania się przed kolegami i kuzynem, że nie spałam całą noc, tak jakbym była dorosła.
W Krakowie wsiedliśmy do innego pociągu, bardziej egzotycznego, z ławkami z drewnianych listewek. Pamiętam mrok na peronach, światło w pociągu i swój paniczny strach, że tata nie zdąży. To wtedy, w tamtym pociągu z Katowic rodzice zostawili koc, piękny nowy koc i tata pobiegł po niego, a ja umierałam ze strachu, że pociąg odjedzie bez niego. W moim dziecięcym umyśle czas nie istniał. I ten strach pozostał we mnie na zawsze. Do tej pory boję się, że się spóźnię na pociąg, czy autobus i zawsze jestem długo przed czasem.
Dworzec się wciąż zmienia, ale pociągi z Katowic wciąż przyjeżdżają i wciąż odjeżdża pociąg do Chabówki.
I teraz dworzec nie budzi już we mnie wspomnień innych dworców, jak wtedy, gdy pracowałam u Stefana. Ale tak samo jak wtedy wchodząc do tunelu wchodzi się w mrok, miejsce bez słońca i ludzie stają się inni. Mrok ogarnia dusze, przyciąga ludzi żyjących w cieniu, tych, którzy nie mają dokąd wrócić i śpią na podłodze między ławkami w drugim tunelu. Tych, którzy kradną, żeby żyć i móc przyćpać, przychodzą tu i pytają czy nie potrzebuję szczoteczek do zębów i dezodorantu po okazyjnej cenie. Z czasem każdemu tu wszystko jedno. Nikt się niczym nie przejmuje. Co jakiś czas wybucha afera, policja usiłuje zaprowadzić porządek. Ktoś doniósł, że Jarek ma na stoisku kradzione książki, jakaś kobieta ściągnęła policję, bo pornosy leżą na wierzchu. Stoisko zamknęli, spisali Aśkę, po południu przyszła Iwona na swoją zmianę i znów wszystko funkcjonuje jak dawniej. Drobiazgi urastają do rozmiarów afery, tragedie stają się drobiazgami. Kradzione książki leżą dalej na stoisku. Płyty z filmami też. Nikt nie wie, co jest kradzione, a co nie. Lepiej nie wiedzieć.
Wtedy, u Stefana, policja też się czepiała, o Mein Kampfy po polsku drukowane nielegalnie na Ukrainie.
Nikt nie pracuje tu legalnie. Nikt nie robi inwentaryzacji. Pracownicy robią co chcą. Równocześnie w jakiś dziwny sposób zależy im na tym, żeby sprzedać jak najwięcej, choć nic od tego nie zależy. Chyba dla rozrywki, bo dobry utarg podnosi nastrój. Poszukiwanie książki czy filmu, o który pyta klient staje się wydarzeniem w codziennej nudzie. Iwonka przebiega pół tunelu, bo na tamtym stoisku widziała ten film, o który pytają. A dziś jest zły dzień, w kasie nie ma jeszcze nawet tej kwoty jaką ma sobie wypłacić za przepracowany dzień, a już jedenasta!
Interes kręci się właściwie sam. Właściciel pojawia się czasem w ciągu dnia, żeby ściągnąć kasę, bo za coś musi żyć. A tutaj wszystko samo się kręci. Przychodzą ludzie z filmami, pracownik im płaci, klienci kupują, samemu się sobie wypłaca zarobioną kasę. Nikt nie sprawdza czy coś zginęło, bo i tak by do niczego nie doszedł.
Dworzec żyje własnym życiem. Ma swoich stałych bywalców. Stałych jadących codziennie do pracy i wracających codziennie z pracy do domu. Stałych pracowników sprzątających peron, schody i tunele. Stałych bezdomnych śpiących nocami. Stałych sprzedawców obwarzanków, książek, gazet i papierosów.
Wszystko brudne, zakurzone, czegokolwiek dotknąć na dłoni zostaje warstwa lepiącego brudu.
Wczoraj przeciwległą ścianę oblepili reklamą sieci komórkowej. Więc patrzę na piękny płaski brzuch uśmiechniętej dziewczyny w różowym kostiumie kąpielowym w tygrysie ciapki, stojącej po kolana w morzu. Ma ładne piersi, duże i jędrne. I grube, plastikowe bransoletki na ręce, a ja się zastanawiam czy da się z nimi pływać.

Podziemnie życie, podziemne interesy. Nielegalni pracownicy robią nielegalne interesy, nielegalny towar, nielegalni dostawcy. Są tylko dwie zasady : ktoś musi być na stoisku i coś musi się sprzedawać. Reszta jest bez zasad.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza