wtorek, 15 maja 2012

MOJE ŻYCIE Z WODNIKIEM




JAK WODNIK ROZPOCZYNA NOWE ŻYCIE


Mój mąż, Wodnik, postanowił rozpocząć nowe życie. Żeby było śmieszniej nie wymyślił nic nowego, tylko jako własny pomysł przedstawił to, o co go prosiłam przez dziesięć lat. Ponieważ żyjemy w cywilizacji dziesiętnej, po upływie dziesięciu lat spasowałam i wyczerpana czekaniem i przekonywaniem, pogodziłam się z tym, że do końca życia będę mieszkać w tym brudnym, hałaśliwym mieście.

Postanowił wszystko zmienić, bo po podziale fizycznym rodzinnej kamienicy okazało się, że zamiast mieć dochód z przypadających na niego mieszkań, musi do nich dopłacać, a tego nie mogła znieść jego sknerowata, położona w znaku Byka dusza. Dodatkowym bodźcem był fakt, że za trzy miesiące trzeba było zapłacić podatek od sprzedanego dwa lata wcześniej rodzinnego pałacu, powiększony o odsetki za zwłokę. Tego mój Wodnik z duszą Byka nie mógł znieść. Na szczęście, albo na nieszczęście, moja dusza również niefortunnie ulokowana w znaku Byka, też tego by nie zniosła, tym bardziej, że tęskniła bardzo za świeżym powietrzem, drzewami na wyciągnięcie ręki we własnym lesie i marchewkami wyhodowanymi we własnym ogrodzie. Więc przestawiłam się na początek nowego życia.

Należało jeszcze przekonać do tego dzieci, z których dwoje starszych, jak na prawdziwe Raki przystało, nie zamierzały opuszczać swojego miasta, swojej dzielnicy i swojego domu. Ale stwierdziliśmy, że tym razem nie będziemy się na nich oglądać, bo w końcu oni niedługo będą już dorośli i wtedy wrócą sobie do swojego ukochanego Krakowa, a my musimy wreszcie pomyśleć o sobie.

Plan Wodnika zakładał pozbycie się mieszkań w rodzinnej kamienicy w samym centrum Krakowa i wyprowadzenie się do domu z ogrodem pod Krakowem. Przemawiał za tym również fakt, że znów tkwiliśmy w długach, których nie było z czego spłacać.

Dwa mieszkania sprzedały się w tempie ekspresowym, po miesiącu byliśmy właścicielami sumy pozwalającej spłacić długi i kupić nieruchomość za kwotę, która chroniła nas przed podatkiem. Podniecona wizją spełniających się marzeń, przymknęłam oczy na wszelkie wady mojego Wodnika i z entuzjazmem rzuciłam się w wir szukania domku z ogrodem.

Niestety rychło okazało się, że za sumę, która chroniła nas od podatku nie da się kupić domku z ogrodem. Jeździliśmy przez miesiąc po okolicznych wsiach oglądając domy, które wynalazł dla nas pośrednik oraz te, które wypatrzyłam w ogłoszeniach gazetowych. Rychło też wyszło na jaw, że każde z nas inaczej wyobraża sobie domek z ogrodem. Dla Wodnika domek musiał mieć co najmniej 200 metrów kwadratowych, bo przecież nie będzie zamieniał tego co ma, czyli mieszkania 120 metrów, na coś mniejszego. Tymczasem dla mnie domek powinien mieć zaledwie połowę owych metrów. Zgodni byliśmy za to co do wielkości działki, na której domek miał stać i okolicy. Oboje widzieliśmy się tylko na działce minimum 30 arowej i co prawda inne motywy nami kierowały, ale kierunek był ten sam.

Przedstawiając kolejną porcję ofert pośrednik przez pomyłkę zaczął czytać opis domu i działki w cenie, która absolutnie nie była dla nas możliwa. Pośrednik szybko wycofał się, lecz zły duch czuwał. Opis brzmiał tak, że moja dusza nie zważając na nasze możliwości i nie czekając na to co ma do powiedzenia mój rozum, wyraziła chęć zobaczenia tego domu i tej działki. Więc po obejrzeniu kilku domów i działek, których cena i tak była dla nas za wysoka, trafiliśmy w miejsce, które było uosobieniem raju. Pośrednikowi nie udało się skontaktować w porę z właścicielem, więc posiadłość była pusta i zamknięta na głucho. Udało nam się tylko obejść wokół ogrodzenie i obejrzeć żywopłot, który wszystko zasłaniał. Żywopłot, który w październikowym słońcu mienił się wszystkimi jesiennymi kolorami i przyprawiał o zawrót głowy. Zakochałam się. W żywopłocie . Idealnie współgrał z moim wyobrażeniem żywopłotu, poruszał moją skorpionią tęsknotę za tajemnicą i pustelnią. Wokół były tylko łąki, las i błękit. Ten dom, którego jeszcze nie widziałam musiał być mój.

Następnego dnia Wodnik przejeżdżając przez tę okolicę wypytał sąsiadów, a ponieważ sąsiedzi dysponowali kluczami, obejrzał dom i to co za żywopłotem. Wściekłam się. Że obejrzał beze mnie i że się zapalił tak, że aż jasność od niego biła! Nie miał prawa się zapalać. Bo ja się zapaliłam! A jego obowiązkiem było ściągnąć mnie na ziemię, bo nie mieliśmy tyle kasy! Dlaczego do diabła znów ja musiałam wykazać się rozumem??? Dlaczego nie mogłam nigdy być szalona, a on mógł zawsze?

Kolejnego dnia pojechaliśmy wszyscy. Dom był wyjątkowo szpetny. Dwa razy za duży, z dwoma garażami, z potężnym, wybetonowanym podwórkiem, pokryty obrzydliwym, szarym sidingiem, z obrzydliwym, bordowym dachem z blachy falistej. Typowa produkcja z lat siedemdziesiątych. Tylko od strony ogrodu urzekał dużymi oknami na taras z widokiem na ogród, trzy stuletnie dęby i góry w oddali.

Równie koszmarny był wewnątrz. Wszystkie ściany pokryte od góry do dołu drewnianymi boazeriami w stylu lat siedemdziesiątych, w salonie z rewelacyjnym ukośnym wzorem z listewek. Na piętrze z desek i sklejki wzór, który nieodmiennie kojarzył mi się z kopalnią „Katowice” i holem w domu moich byłych teściów. Na podłogach mozaika drewniana, również wymysł lat siedemdziesiątych, na piętrze pewexowskie wykładziny i obrzydliwe różowe kafelki w łazience, również kupowane w osławionym pewexie. Czysty koszmar.

Ogród piękny, acz w niczym nie przypominający tego co obiecywał żywopłot. Podzielony na prostokąty, rabaty z różami na baczność, żywopłociki wystrzyżone na glanc.

Ale żywopłot i wcześniejsze wizje zrobiły swoje. Byłam zakochana i jak każda zakochana kobieta skłonna do idealizowania. Najpierw zobaczyłam w wyobraźni jak zapuszczam starannie wypielęgnowany ogród, pnącza i dzikie wino obrastają obrzydliwe ściany, nieskrępowana niczym przyroda dokonuje spustoszenia w uporządkowanym świecie stworzonym przez dotychczasową panią ogrodu.

Następna nasza wizyta łączyła się z poznaniem właściciela. Teraz już doskonale widziałam dlaczego ogród i dom wyglądają tak, a nie inaczej. Starsza pani, bardzo starsza z olbrzymim farbowanym na czarno kokiem, przygłucha, mrukliwa. I jej syn równie ciężko się rozkręcający, człowiek bez żadnych ambicji, pragnący tylko, żeby matka przestała mu ciosać kołki na głowie i zaganiać do wiecznego sprzątania, naprawiania i remontowania.

Domiszcze okazało się być domkiem letniskowym prywatnej inicjatywy produkującej srebrne medaliki z Matką Boską w latach osiemdziesiątych. Domek letniskowy liczył sobie 280 metrów kwadratowych plus piwnice plus stodoła.

Mój umysł nieśmiało usiłował zwrócić moją uwagę na fakt, że Wodnik poświęca stanowczo zbyt dużo uwagi stodole, mierzy ją pieczołowicie i wyraźnie ma wobec niej bliżej niesprecyzowane zamiary, ale rozszalała wyobraźnia zdusiła wszelkie wątpliwości i zajęła się projektem domu, który odszukał w czeluściach pustej, stylowej meblościanki nasz gospodarz. Byłam zachwycona. Dom na projekcie był piękny. Moja wyobraźnia jeszcze przez całą zimę produkowała projekty zmian i remontów.

Na całość jednak wciąż nie było nas stać. Wodnik zapalił się tak bardzo, że postanowił sprzedać również swoje ukochane 120metrowe mieszkanie, w którym mieszkaliśmy, a ponieważ czasu było mało, po wielu dyskusjach i wizytach w Urzędzie Skarbowym na trzy dni przed terminem, w połowie grudnia staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami stodoły i 70 arów ziemi z kawałkiem lasu oraz umowy przedwstępnej na zakup domu i pozostałych 40 arów. Niestety mój ukochany żywopłot rósł na tych niepewnych 40 arach. Za to miałam dwie cudowne, stare rosochate wierzby, stuletnią lipę, rząd brzóz, jesionów i jaworów oraz kilkadziesiąt młodych modrzewi i 15 arów starego lasu w parowie na końcu działki. Teraz trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Mieliśmy rok na sprzedaż mieszkania.


JAK WODNIK ZAKŁADA OCZKO WODNE



Jak Wodnik zakłada oczko wodne na swojej działce? To proste. Zaczyna od posadzenia wierzb duńskich. Takie wierzby uprawia się po to, żeby mieć czym ogrzewać dom. Kupuje się do tego specjalny piec, specjalną maszynę do cięcia gałązek wierzby na kawałki i pakowania ich w pęczki, które potem wrzuca się do pieca. Po kupieniu setki wierzb Wodnik liczy ile ma metrów sześciennych drewna w lesie. Wychodzi zawrotna liczba, co pozwala obliczyć Wodnikowi, że drewna na opał starczy mu na najbliższe 60 lat. Ponieważ sam ma już lat 50, więc do końca życia ma problem z głowy. Ale wierzby zostały już kupione. Wodnik zatem zaangażował całą rodzinę, znajomych i przyjaciół, żeby w marcu przekopać pasek ziemi w celu ich posadzenia. Trzeba było się spieszyć, bo zakupione wierzby mogły czekać na sucho tylko dwa tygodnie. Potem wierzby trzeba było, według instrukcji, obficie podlewać. Zatem Wodnik podlewał je wytrwale cztery dni bez przerwy. Czwartego dnia wody zabrakło. Wodnik został okrutnie zbesztany przez sąsiadów, z którymi miał wspólny wodociąg ze źródełka w lesie. Żeby zrobić sąsiadom na złość zaczął zwozić na działkę wodę z miasta. Rodzina, znajomi i przyjaciele zostali zaangażowani do zbierania pojemników i butelek na wodę, po miesiącu upartego wożenia wody na działkę było 2000 l zmagazynowanych w dwudziestolitrowych pojemnikach używanych do pakowania leków w hurtowni, dla której nasz Wodnik pracował. Wtedy Wodnik wpadł na genialny pomysł zbierania deszczówki do tychże pojemników. Dwa miesiące później w hurtowni zaczęło brakować pojemników. Wody trzeba było się pozbyć, pojemniki oddać. Wtedy Wodnik sprowadził koparkę i kazał wykopać dwa doły, jeden większy, drugi mniejszy. Wyłożył je niebieską folią kupioną w składzie budowlanym. Bóg jeden raczy wiedzieć do czego w założeniu folia ta miała służyć, w każdym razie teraz służyła jako dno dwóch oczek wodnych. Wodę można było już przelać z pojemników do oczek, dumny z siebie Wodnik tym razem zaangażował co silniejsze jednostki rodzinne i przyjacielskie do przenoszenia wody do stawów, odległość co prawda zaledwie 50m, ale 20 l to nie fraszka. Zatem Wodnik poszedł po rozum do głowy i z węża ogrodowego, butelek po pepsi i dużego lejka stworzył grawitacyjny system przelewania wody do stawu. Teraz cała rodzina przelewała wodę z pojemników do lejka w tempie 2 l na 5 minut. Ponieważ nawet najwytrwalsi mieli już wody po dziurki w nosie, Wodnik zakupił pompkę używaną do akwarium i woda wreszcie przelewała się sama, trzeba było tylko przenosić pompkę co 20 minut z jednego pojemnika do drugiego, nastawiając budzik, żeby nie zapomnieć. Kiedy wody została już resztka, Wodnik znudzony rutynowymi czynnościami zakupił solidną pompę wodną za jedyne 300zł i cała reszta wody została przelana do stawu w pół godziny.

Cała rodzina pobiegła sprawdzić efekt. W stawie było 30cm wody.

No tak. A nad wodą wznosiły się metrowe brzegi stawu wyłożone piękną błękitną folią....

Nie pozostało Wodnikowi nic innego jak puścić do stawu wodę z kranu. Robił to tak uparcie, że w końcu stary hydrofor nie wytrzymał i dwa okoliczne domy zostały na długo bez wody, łącznie z pomidorami hodowanymi przez sąsiada pod folią i będących jedynym źródłem utrzymania jego rodziny. Drobnym efektem ubocznym było kilka potwornych awantur i dozgonna nienawiść paru osób do Wodnika i jego rodziny trwająca aż po grób.



Zaraz po posadzeniu wierzb postanowiliśmy doprowadzić do stanu używalności pas ziemi nie obsadzony modrzewiami. Wodnik sprowadził chłopa z koniem i pługiem, który miotał się z wściekłością między ogrodzeniem, a rzędem świeżo posadzonych wierzb i klął na czym świat stoi. Cierpliwie to znosiłam ponieważ w mojej głowie tkwiła wizja ogrodu biodynamicznego. Tymczasem Wodnik, którego rośliny nie interesowały nic a nic, zajął się wpuszczaniem do stawu ryb.

Ponieważ były nowością i były żywe, Wodnik zawzięcie je karmił. Czytać nie lubił, jeździł do wszystkich znajomych bliższych i dalszych i znajomych tych znajomych i wypytywał o hodowlę karpi. W efekcie przez kilka miesięcy codziennie jeździł do Konar, żeby nakarmić ryby, angażując w to oczywiście sąsiadów i rodzinę, po to, żeby któregoś pięknego dnia stracić całe zainteresowanie i zostawić je samym sobie.

Tymczasem nasze najmłodsze dziecko dostało amoku na punkcie roślin wodnych. W ciągu następnych dwóch lat znał na pamięć wszystkie nazwy polskie i łacińskie roślin wodnych rosnących w Polsce i zapragnął oczywiście wszystkie je mieć w stawach. Zmusił nas do wycieczek nad wszystkie okoliczne rzeki i zbiorniki wodne oraz do niezapomnianych wakacji na Mazurach. Niestety jest również Skorpionem, na dodatek z pedantycznym odchyłem w stronę Panny, więc jego udana współpraca z Wodnikiem skończyła się, gdy odwiedził kilka sklepów ogrodniczych i przeczytał kilka książek o zakładaniu oczek wodnych. Metody Wodnika stawiały wszystko na głowie, wszystko robił w oryginalnej, nietypowej kolejności nie pozwalającej na właściwe posadzenie roślin i pielęgnowanie ich.


Całe lato spędziliśmy w małej kanciapce wydzielonej w stodole, rozkoszując się przelewaniem wody z pojemników do stawów i kłótniami z sąsiadami. Dla uspokojenia skołatanych nerwów wyhodowałam z nasion 300 sadzonek poziomek. Poziomki w skrzynkach zajęły cały taras, a w tym czasie z mozołem przygotowywałam miejsce na ich posadzenie. Ich przytłaczająca ilość zmusiła mnie do rozstania się z połową z nich i rozdania wszystkim znajomym, którzy mieli ogród. Ale równocześnie odkryłam to co przeczuwałam od dzieciństwa, że hodowanie roślin, przesadzanie ich i krótko mówiąc grzebanie się w ziemi to moje ulubione zajęcie.


Z końcem lata przeniosłam się z powrotem do miasta, sprzątając co chwilę mieszkanie, żeby wyglądało zachęcająco dla potencjalnych klientów. Niestety Wodnik w iście proroczy sposób wybrał na sprzedaż mieszkań okres największego zastoju na rynku nieruchomości na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. I najniższych cen. W efekcie, po roku mieszkanie wciąż było naszą własnością. Dla jednych było za duże, dla innych za drogie, dla jeszcze innych za oryginalne. Cóż w końcu budował je Wodnik, więc nie mogło być normalnym przeciętnym mieszkaniem. Miało tak wielkie okna jakie tylko udało się Wodnikowi załatwić z komunistycznym Wydziałem Architektury Urzędu Miasta. Nigdy nie było na nich firanek, więc żyliśmy prawie jak na dachu świata z głowami w chmurach, z widokiem na każdy wschód i zachód słońca, na Wawel i ogród księży misjonarzy w dole. Niestety widoki z okien pełne błękitu i zieleni dla większości oglądających nie stanowiły przeciwwagi dla nieszczelnych, starych okien, krzywych ścian, niewykończonych podłóg, drzwi straszących dyktą i stalowych drzwi wejściowych pamiętających czasy, gdy nasze mieszkanie było strychem pełnym pajęczyn i sadzy, obsranym przez gołębie.



JAK RAKI GRAJĄ NA NERWACH RODZICOM




Tymczasem nasze dzieci uprzejmie zadbały o to, żeby przez zimę nam się nie nudziło. W dzień Wigilii Bożego Narodzenia, około południa, pomiędzy zupą grzybową, a ucieraniem maku, dzwoni domofon. Odbieram. Uprzejmy pan policjant pyta, czy może wejść. Ponieważ jestem dobrze wychowana, a przynajmniej staram się tak zachowywać jakbym takie wychowanie odebrała, niezależnie od tego, co naprawdę mam ochotę zrobić, zgodziłam się, żeby pofatygował się na nasze ostatnie czwarte piętro. I między tą zupą grzybową, a makiem na makówki, odbyłam najdziwniejszą rozmowę w moim życiu.

Panów policjantów weszło dwóch, a z nimi Staś i jego kolega Marek. Jeden z policjantów trzyma kij baseballowy i pyta mnie:

- Czy pani wie co to jest?

Odpowiadam zgodnie z prawdą:

- Nie wiem.

Na co się dowiaduję:

- Kij baseballowy.

- Aha - robię mądrą minę, choć dalej nie wiem co złego jest w kiju baseballowym.

- Czy pani wie, że jest zakaz chodzenia po mieście z takim kijem? Chyba, że się ma zaświadczenie z klubu sportowego, że się trenuje baseball.

Informacja rozśmiesza mnie niemożebnie, ale ponieważ policjant jest poważny, a do tego niezwykle uprzejmy, hamuję śmiech w zarodku. Minę jednak muszę mieć nieziemsko głupią.

- Coś takiego! - jestem szczerze zdziwiona, bo baseball nie interesuje mnie w żadnym stopniu, kij taki widzę pierwszy raz w życiu na oczy i zupełnie nie rozumiem co to może mieć wspólnego z moim piętnastoletnim dzieckiem. Gdyby trzymał w rękach piłkę do kosza rozumiałabym doskonale, ale kij do baseballa?? Jestem coraz bardziej zdziwiona i całkowicie spokojna, wręcz rozbawiona i zupełnie nie rozumiejąca, co oni w Wigilię robią w moim domu.

Staś minę ma niewyraźną, ale nie biorę tego pod uwagę, bo jedyne, o co mogę go podejrzewać, to, że ktoś go w coś wrobił, bo on sam od siebie nie był w stanie zrobić nikomu krzywdy, chyba, że w obronie słabszego. Więc z uśmiechem czekam na jakieś wyjaśnienie sytuacji.

- Pani syn chodził z tym kijem po ulicy, na dodatek na nasz widok schował go w bramie.

- Ach tak?

- Czy pani widziała już ten kij?

- Nie - dalej jestem spokojna i rozbawiona, bo sytuacja jest absurdalna.

Zapraszam panów do pokoju, bo coś tam mam podpisać. I tu dochodzi do czegoś niewyobrażalnego, i tylko moje dobre wychowanie powstrzymuje mnie od wybuchnięcia śmiechem, a także wrodzona dbałość o to, żeby nikogo nie urazić. Śmiech wibruje w mojej głowie, a na twarzy mam coraz bardziej głupawy uśmiech. Otóż pan wręczył mi długopis, papier i kazał pisać:

" Kwituję odbiór mojego syna Stanisława Poniatowskiego

Krystyna Nuda-Poniatowska"

Zawiadamiają mnie, że kij zabierają do depozytu i wychodzą zabierając ze sobą Marka, którego również muszą odprowadzić do domu, a ja wracam do pokoju kulając się ze śmiechu. Staś usiłuje się tłumaczyć, ale zanim cokolwiek do mnie dotarło znów dzwoni domofon, znów panowie policjanci wdrapują się na czwarte piętro i proszą, żebym pokwitowała odbiór Marka, bo jego rodziców nie ma w domu, a nie chcą w taki dzień zgarniać go na komisariat, więc piszę ponownie:


"Kwituję odbiór Marka Króla

Krystyna Nuda- Poniatowska"

Panowie wychodzą, a ja zwijam się ze śmiechu. No i żądam wyjaśnienia tej niecodziennej historii. Więc Artur, kolega Stasia, chciał kupić sobie kij do baseballa, Staś pośredniczył w zakupie od jakiegoś męta z Kazimierza i kij chwilowo był u Stasia. A dziś było nudno, więc z Markiem postanowili spróbować jak się w to gra. Poszli na planty, niestety piłkę porwał im jakiś pies i nie chciał oddać, poza tym był od nich szybszy, więc postanowili wrócić do domu. Staś odprowadzał Marka do bramy i jeszcze stali pod bramą rozmawiając, gdy ulicą przejechał radiowóz, kilkanaście metrów dalej zatrzymał się, więc Staś świadomy tego, że posiadanie kija jest nielegalne, schował go za drzwi bramy. To wystarczyło, żeby wydali się policjantom podejrzani, radiowóz cofnął się i panowie z chłopcami i kijem wylądowali pod naszym domofonem.

Miesiąc później dostaję wezwanie do Białego Domku, gdzie odpowiadam na szereg idiotycznych pytań. Zeznania pan policjant zapisuje na rozklekotanej maszynie do pisania, takiej jakiej używałam dwadzieścia lat temu w mojej pierwszej pracy. Co drugie dziecko w tym mieście miało własny komputer, a policjant miał starą maszynę do pisania.

Na koniec pytam czy mogę dostać z powrotem kij, bo Artur się o niego upomina i cóż się okazuje? Kij zniknął, wyparował, podobno mam go ja, bo w papierach nic nie ma na ten temat.



Bliżej wiosny, gdy zaczęło robić się ciepło, Staś z Dominikiem postanowili zrobić imprezę. Mama Dominika pojechała na gościnne występy do Tarnowa, chata wolna. Staś miał nocować u Dominika jak kilka razy wcześniej, żeby dodać mu otuchy, bo samemu niewyraźnie być w domu. Czułam przez skórę, że coś się szykuje. W końcu czas mijał nieubłaganie i wkraczali już w wiek dorastania, najwyższa pora była na ekscesy. Domyślałam się więc, że po kryjomu organizują imprezę, ale ze stoickim spokojem uznałam, że jest to jak najbardziej właściwe. Dołożyłam Stasiowi jakieś złote, bo chcieli kupić sobie coś do "jedzenia". I dobrze.

Dobrze było do północy. Wodnik poszedł już spać, ja leżałam czekając na sen, gdy zadzwonił telefon. Rozhisteryzowana mama Dominika wrzeszczała w słuchawkę coś o policji, żebyśmy natychmiast tam jechali sprawdzić, co się dzieje. Zbudziłam Wodnika, który stwierdził, że nigdzie nie jedzie, bo rano musi wstać do pracy. Zadzwoniłam do domu Dominika, nikt nie odbierał, uznałam więc, że nie ma sensu tam jechać. Zadzwoniłam zatem na komórkę Stasia, też nie odbierał. Często nie odbierał, wiec się tym nie przejęłam zbytnio. Pomyślałam, że pewnie przenieśli się w plener i chodzą po plantach. Wodnik spał dalej. Siadłam w fotelu i na wszelki wypadek, zobligowana telefonem mamy Dominika, nie licząc na efekty dzwoniłam, co jakiś czas na zmianę do domu Dominika i na komórkę Stasia. O dziwo za którymś razem Staś odebrał. Niestety nie dało się z nim rozmawiać. Pomyślałam, że chyba ta impreza musiała być mocno alkoholizowana, bo myślał jeszcze ciężej niż zwykle. Pytam więc go spokojnie acz dobitnie:

- Stasiu, gdzie jesteś?

Odpowiedzi brak.

Tknięta przeczuciem i sugestią mamy Dominika pytam:

- Stasiu, jesteś na policji?

Zero odpowiedzi, ale w tle słyszę głos koleżanki, który mu podpowiada, że tak, na policji.

- Stasiu, gdzie na policji?

Oczami wyobraźni widzę jak Stasiu zdezorientowany patrzy wokół siebie, a w słuchawce słyszę głos Nataszki i wreszcie dowiaduję się, że są w Białym Domku i żeby po niego przyjechać. Wyciągam więc Wodnika z łóżka, w końcu jest mężczyzną, poza tym nie mam prawa jazdy, a nie chce mi się po nocy latać przez pół miasta. Po drodze Wodnik się rozbudza i podekscytowany sytuacją staje się bardzo sympatycznym facetem. Na komisariacie załatwia wszystko. Policjanci są szczęśliwi, że pozbywają się problemu. Na dodatek potrójnego problemu, bo zabieramy też dwie koleżanki, których rodzice wyjechali na weekend, a nie chcą biedactwa niepokoić babci. Dominika odbiera przyjaciel jego rodziców.

Dopiero na ulicy zaczęły się problemy. Nasza piętnastoletnia latorośl w dalszym ciągu nie miała pojęcia gdzie się znajduje i co się stało. Do samochodu z trudem doszedł, wwalił się na tylne siedzenie, położył wystawiając nogi za drzwi i długo nie dało mu się wytłumaczyć, że na to samo siedzenie muszą się zmieścić koleżanki. Nie dość, że był kompletnie pijany, to spał w każdej pozycji, nawet idąc ulicą.


Odwieźliśmy koleżanki do domu na drugi koniec miasta i wróciliśmy do siebie.

Dopiero następnego dnia udało nam się dowiedzieć jak historia wyglądała od strony młodocianych przestępców. Stasio z Dominikiem zaplanowali sobie kameralną imprezę na ośmioro oczu, oni i dwie koleżanki i mieli zobaczyć jak to jest się upić. W trakcie imprezy dołączył do nich Borys, etatowy klasowy rozrabiacz i zaczęła się polka. Bieganie w te i we w te na podwórko, do sklepu, do ogrodu itd. Głośna muzyka. I rąbnięta sąsiadka za ścianą. O ósmej już dzwoniła na policję, że chuligani rozrabiają. Policja się zjawiła, zobaczyła paru młodocianych słuchających muzyki i się zmyła. Impreza trwała nadal, niestety Stasiu jej nie pamięta, bo się ululał i od dziesiątej słodko spał. Koło północy wszyscy już spali, wtedy znów zjawiła się policja wezwana przez upierdliwą sąsiadkę, wywlekli ich z łóżek i zabrali na komisariat. Stasia na tyle nieprzytomnego, że nie wiedział co w ogóle jest grane.


Tym razem nie wzywali mnie na komisariat, żeby cokolwiek wyjaśnić.

W połowie grudnia minął termin wykupienia domu. Właściciel wciąż liczył na to, że dom mimo wszystko kupimy. Ale z naszej strony perspektywa sprzedaży mieszkania przy obecnych cenach i wykupienia domu stałą się mało sensowna. Zostalibyśmy z domem do remontu bez środków na remont i środków do życia.

W tej sytuacji moja dusza przypomniała sobie Wodnika mierzącego zawzięcie stodołę, a wyobraźnia uwielbiająca nowe wyzwania ruszyła. Przebudowa i remont domu były przez nas tak dogłębnie obmyślane, przemyślane i obgadane, że nie były już żadnym wyzwaniem. Natomiast stodoła – ooo! To co innego!

Można było od nowa łamać sobie głowę, poczynając od tego jak załatwić pozwolenie na budowę, jak zrobić działkę budowlaną na terenie rolnym, aż po wykombinowanie jak w sześćdziesięciometrowym budynku najtańszym sposobem zrobić prawdziwy dom.

W tym momencie nasz pośrednik znalazł klienta na ostatnie mieszkanie w rodzinnej kamienicy. Suma jaką za nie dostaliśmy nie starczała na zakup domu, ale starczała na przebudowanie stodoły na dom, a w efekcie mogliśmy wrócić do wersji wynajęcia mieszkania pod Wawelem za pieniądze dostarczające środków na utrzymanie.





JAK WODNIK BUDOWAŁ DOM




Wodnik załatwiał wszystko równocześnie. Ponieważ większość dorosłego życia spędziłam w remontach właśnie budowanych i nigdy nie skończonych domach, tym stanowczo zdecydowałam, że budować dom moich marzeń od A do Z będzie jedna firma i nie wprowadzę się tam dopóki wszystko nie będzie zrobione. Choć raz w życiu chciałam mieć prawdziwy dom, niekoniecznie drogi i luksusowo urządzony, ale w całości wykończony.

Sprowadziliśmy szefa firmy budowlanej, której działalność obserwowaliśmy przez poprzednie pięć lat na własnym podwórku, gdzie wciąż trwał remont łaźni rzymskiej zbudowanej niegdyś przez rodzinnego pradziadka, a obecnie przerobionej na Muzeum przyrodnicze chlubiące się jedynym w Europie egzemplarzem wypchanego białego nosorożca.

Cena podana przez szefa firmy budowlanej okazała się śmiesznie niska. Oczywiście, będąc nigdy nie dowierzającym skorpionem, założyłam, że to trick marketingowy, a po drodze okaże się, że ileś rzeczy trzeba będzie zrobić drożej i jak zwykle bywa przy remontach wyjdzie w praniu parę rzeczy, których nikt brał pod uwagę i do podanej ceny dodałam jeszcze jej połowę. Suma dalej była urzekająco osiągalna.

Pozostało przełamać opory gminnego architekta, przymulastego, tępego faceta, odpornego na wszelkie logiczne argumenty poza całkiem logicznymi argumentami w postaci szeleszczących papierków wydawanych przez Bank Polski.

Udałam się do znajomej architektki – stażystki, ponieważ jej słońce w znaku Panny stwarzało nadzieję na solidną pedanterię i znajomość przepisów prawa budowlanego. Nie zawiodłam się, Panna z moją pomocą zrobiła inwentaryzację budynku, pomogła w rozwiązaniu kilku problemów architektonicznych, które spędzały mi sen z oczu, na przykład umiejscowienie krętych schodów na piętro, które w żaden sposób nie chciały mi się zmieścić. I poddała genialną myśl, żeby zrobienie projektu zlecić architektowi gminnemu, co pozwoliło całkowicie go spacyfikować i zaspokoić jego szeleszczące potrzeby w legalny sposób, czyli zapłaciliśmy łapówkę nie płacąc jej. Architekt znęcony wizją dodatkowych papierków, o cudzie!, zaczął myśleć. I wymyślił to samo co wiedzieliśmy od roku, a czego wcześniej absolutnie nie dało się zrobić.

Zaczęliśmy zatem szukać brakującego nam półtora hektara ziemi w tej samej gminie, co było warunkiem uzyskania pozwolenia na budowę. I tutaj z pomocą przyszedł nam miejscowy geodeta, ujęty faktem, że zawierzyliśmy jemu omijając geodetów z Krakowa i oczywiście widząc szansę zrobienia co najmniej kilku mapek, za które mu zapłacimy. Wymyślił mianowicie, że owych hektarów nie musimy kupować, bo wystarczy je wydzierżawić. Od kogo? Oczywiście od braci Bonifratrów, bo mieli ich dużo i nie używali. Ponieważ my też nie zamierzaliśmy ich używać doszliśmy do porozumienia z księdzem. I wtedy architekt zaczął główkować intensywniej, bo sąsiadujący z nami właściciele działek oprotestowali nasze zamierzenia. Były to tereny rolne, a im , starającym się od lat o przemianowanie działek na budowlane stale odmawiano. A tu takim z miasta załatwia się sprawę od ręki! Tak być nie mogło!

W obliczu buntu ludu miejscowego architekt musiał skapitulować.

Tymczasem budowa się zaczęła. Firma wodociągowa właśnie przekopywała pole sąsiada, żeby podłączyć nam wodę, umowa z firmą budowlaną podpisana, a pozwolenie w lesie. Architekt poszedł po rozum do głowy i wpadł na genialną myśl, że przecież istniejący budynek gospodarczy można przekwalifikować na mieszkalny. Iście rewolucyjna myśl, zważywszy na to, że pół roku wcześniej moją propozycję takiego przekwalifikowania uznał za niemożliwą.

I w ten sposób szczęśliwie ominęliśmy biurokratyczne zakręty, ubiegając o trzy dni zmianę przepisów prawa budowlanego, a w tym samym czasie stary dach został już dawno rozebrany, ściany podciągnięte, dobudowana weranda, a ja jeździłam z kierownikiem budowy wybierać kafelki do kuchni i łazienki.






Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza