Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2013

DWORZEC

Znowu dworzec kolejowy. Kraków. Pierwszy raz byłam jak miałam kilka lat. Nie pamiętam ile. Jechaliśmy z Katowic na wieś na wakacje. W Krakowie była przesiadka na pociąg do Chabówki. W pociągu z Katowic był potworny tłok. Cała drogę siedziałam w korytarzu na walizce. Tekturowej szaro-niebieskiej walizce, w której cały rok mam trzymała rzeczy z innej pory roku. W zimie letnie, latem zimowe. Uwielbiałam wyjmować  w zimie letnie sukienki mamy. Jej kreację sylwestrową – bluzkę z falbankami, czerwoną, w róże. Pamiętam tego sylwestra , gdy szyła ją do czarnej długiej spódnicy, do tego czarny pasek z broszką po prababci zamiast klamry i naszytymi koronkami. Chyba do tej pory marzę o takiej bluzce, do tej pory falbanki i róże chodzą mi po głowie.
Na wakacje walizka zmieniała swoje przeznaczenie i stawała się tym czym była naprawdę, walizką, pudłem, do którego pakowało się rzeczy na podróż. I ławką, na której mama położyła poduszkę, żebym mogła się przespać. Bo jechaliśmy nocnym pociągiem. Popołudniu rodzice spali przed podróżą. Nie wiem czy spali naprawdę, czy tylko udawali, żeby mnie zmusić do spania. Ale ja nie spałam. Tak samo jak nie potrafiłam zasnąć po obiedzie w przedszkolu, tak samo teraz nie mogłam zasnąć. Wizja całonocnej podróży była tak ekscytująca, że nie mogłam tak po prostu spać. I w pociągu też nie spałam. Wiele lat jeszcze miałam powód do przechwalania się przed kolegami i kuzynem, że nie spałam całą noc, tak jakbym była dorosła.
W Krakowie wsiedliśmy do innego pociągu, bardziej egzotycznego, z ławkami z drewnianych listewek. Pamiętam mrok na peronach, światło w pociągu i swój paniczny strach, że tata nie zdąży. To wtedy, w tamtym pociągu z Katowic rodzice zostawili koc, piękny nowy koc i tata pobiegł po niego, a ja umierałam ze strachu, że pociąg odjedzie bez niego. W moim dziecięcym umyśle czas nie istniał. I ten strach pozostał we mnie na zawsze. Do tej pory boję się, że się spóźnię na pociąg, czy autobus i zawsze jestem długo przed czasem.
Dworzec się wciąż zmienia, ale pociągi z Katowic wciąż przyjeżdżają i wciąż odjeżdża pociąg do Chabówki.
I teraz dworzec nie budzi już we mnie wspomnień innych dworców, jak wtedy, gdy pracowałam u Stefana. Ale tak samo jak wtedy wchodząc do tunelu wchodzi się w mrok, miejsce bez słońca i ludzie stają się inni. Mrok ogarnia dusze, przyciąga ludzi żyjących w cieniu, tych, którzy nie mają dokąd wrócić i śpią na podłodze między ławkami w drugim tunelu. Tych, którzy kradną, żeby żyć i móc przyćpać, przychodzą tu i pytają czy nie potrzebuję szczoteczek do zębów i dezodorantu po okazyjnej cenie. Z czasem każdemu tu wszystko jedno. Nikt się niczym nie przejmuje. Co jakiś czas wybucha afera, policja usiłuje zaprowadzić porządek. Ktoś doniósł, że Jarek ma na stoisku kradzione książki, jakaś kobieta ściągnęła policję, bo pornosy leżą na wierzchu. Stoisko zamknęli, spisali Aśkę, po południu przyszła Iwona na swoją zmianę i znów wszystko funkcjonuje jak dawniej. Drobiazgi urastają do rozmiarów afery, tragedie stają się drobiazgami. Kradzione książki leżą dalej na stoisku. Płyty z filmami też. Nikt nie wie, co jest kradzione, a co nie. Lepiej nie wiedzieć.
Wtedy, u Stefana, policja też się czepiała, o Mein Kampfy po polsku drukowane nielegalnie na Ukrainie.
Nikt nie pracuje tu legalnie. Nikt nie robi inwentaryzacji. Pracownicy robią co chcą. Równocześnie w jakiś dziwny sposób zależy im na tym, żeby sprzedać jak najwięcej, choć nic od tego nie zależy. Chyba dla rozrywki, bo dobry utarg podnosi nastrój. Poszukiwanie książki czy filmu, o który pyta klient staje się wydarzeniem w codziennej nudzie. Iwonka przebiega pół tunelu, bo na tamtym stoisku widziała ten film, o który pytają. A dziś jest zły dzień, w kasie nie ma jeszcze nawet tej kwoty jaką ma sobie wypłacić za przepracowany dzień, a już jedenasta!
Interes kręci się właściwie sam. Właściciel pojawia się czasem w ciągu dnia, żeby ściągnąć kasę, bo za coś musi żyć. A tutaj wszystko samo się kręci. Przychodzą ludzie z filmami, pracownik im płaci, klienci kupują, samemu się sobie wypłaca zarobioną kasę. Nikt nie sprawdza czy coś zginęło, bo i tak by do niczego nie doszedł.
Dworzec żyje własnym życiem. Ma swoich stałych bywalców. Stałych jadących codziennie do pracy i wracających codziennie z pracy do domu. Stałych pracowników sprzątających peron, schody i tunele. Stałych bezdomnych śpiących nocami. Stałych sprzedawców obwarzanków, książek, gazet i papierosów.
Wszystko brudne, zakurzone, czegokolwiek dotknąć na dłoni zostaje warstwa lepiącego brudu.
Wczoraj przeciwległą ścianę oblepili reklamą sieci komórkowej. Więc patrzę na piękny płaski brzuch uśmiechniętej dziewczyny w różowym kostiumie kąpielowym w tygrysie ciapki, stojącej po kolana w morzu. Ma ładne piersi, duże i jędrne. I grube, plastikowe bransoletki na ręce, a ja się zastanawiam czy da się z nimi pływać.

Podziemnie życie, podziemne interesy. Nielegalni pracownicy robią nielegalne interesy, nielegalny towar, nielegalni dostawcy. Są tylko dwie zasady : ktoś musi być na stoisku i coś musi się sprzedawać. Reszta jest bez zasad.

niedziela, 1 września 2013

Popołudnie w górach

To popołudnie. Popołudnie w górach. Czyste, orzeźwiające powietrze. Malutka chatka. Wnętrze malutkie, właściwie tak jakby w ogóle nie urządzone. Mnóstwo różnych sprzętów, które stoją tu tylko dlatego, że są użyteczne. Niewiele z nich spełnia jakąś inną funkcję. Niewiele tu pustej przestrzeni. Widać, że właścicielom brak tu miejsca. Każdy kawałek ściany jest wykorzystany.
Cudownie jest tu siedzieć na tapczanie, w tym pomieszczeniu jak najbardziej użytecznym i nic nie robić. Siedzieć w pół leżąc, opierając się na futrzanej poduszce, jedynym tu niemal przedmiocie pełniącym głównie funkcje estetyczną i czytać książkę, mając przed twarzą okienko wychodzące na jezioro. Książka pomału gubi swego czytelnika, zamazuje rzędy liter, wzrok pada na okienko, na widok poza nim. Nieświadomie zaczynam liczyć plany. Pierwszy to wzgórze naprzeciwko, po drugiej stronie jeziora. Drugi to drugie wzgórze, a właściwie jakby drugi grzbiet tej samej góry wyłaniający się bezpośrednio za tamtym. Trzeci równolegle i dalej to tafla jeziora, srebrzysta głównie, trochę szara i trochę niebieskawa. Pasmo łąk na następnym wzniesieniu. Pas lasu, ciemny, prawie czarny. I w dali kilka warstw wzniesień, każących się domyślać czegoś jeszcze w dali.

Tamte plany szły w głąb, a teraz zaczynają się te które wychodzą mi naprzeciw i dochodzą, aż do dachu widocznego na skraju okienka. W głębi szaro-niebieskość chmur wykończonych różowo- świetlaną koronką, przez zachodzące w tyle słońce. Potem smuga delikatnego, różowego światła przeciętego białą wstęgą pierzastego obłoczka, przechodząca w biel i potem w błękit kończący się gdzieś z drugiej, niewidocznej strony domku.
popołudnie w górach

popołudnie w górach

sobota, 18 maja 2013

ZAKLINANIE PRZYSZŁOŚCI


Pnące róże ocieniają taras, rozpięte na pergoli. Ich mocno różowy zapach upaja pszczoły i osy, przenika cały ogród i dom. Schodzę z tarasu po schodkach do ogrodu. Kwiaty miękko chylą głowy, witają wschodzące słońce. W stojącej ciszy ogród zamiera na sekundę po to, by po chwili ożyć wraz z podmuchem porannego wiatru. Najpierw liście drzew, potem kwiatów i pomidorów. Promienie słońca zaglądają do okien, dodają życia różom na tapecie. Wracam do kuchni nastawić wodę na herbatę. Przyglądam się różom na tapecie, koronkowym wzorkom na białych zasłonkach i serwetkach. Niebieski kredens kusi niebiańskim smakiem wczorajszego drożdżowego ciasta z kruszonką. 


Czereśnie za oknem czekają wśród rozedrganych liści, aż zerwę ich czerwony blask do koszyka.Przechodzę do pokoju pościelić łóżko. Komputer ściąga moje pieszczotliwe spojrzenie, klawiatura mruga do mnie zachęcająco zielonym światełkiem. Z rozmarzeniem przeciągam palcami po klawiszach. Wrócę tu w południe, żeby postukać. Najpierw śniadanie i czereśnie.


Życie to tylko taka gra, zabawa. Nie ma znaczenia dokąd pójdę i co zrobię. I tak to wszystko już przeżyłam, znam każdą z możliwości jaką niesie życie, byłam i będę już wszystkim. Nie ma znaczenia co wybiorę, wystarczy, że jestem, jestem tu gdzie jestem. Szczęśliwa, spokojna, pełna miłości. Wystarczy kochać.Będzie las. I droga do niego prowadząca. A w lesie zapach świerków, mchu, obłość wystających spod mchu kamieni. Powietrze nasycone słońcem, zapachem borówek i lata, drga i brzęczy. Promienie tańczą na leśnej drodze pod nogami.


Będzie dom. Własny kąt. Mniszki wrastające w szpary na tarasie. Strych nasączony zapachem dzieciństwa. Słońce oświetlające pomidory w ogrodzie.Strumienie wspomnień zatrzymane. Czas stoi w miejscu, nie przeszkadza żyć, nie przeszkadza być. Być sobą. Swoją własną, z własnymi pomysłami, z własnymi myślami, własnymi wierszami. Być sobą w jedności.Ból odpłynął w przeszłość, został w przeszłości. Jest tylko wspomnieniem jak zasuszona czterolistna koniczynka w tomiku wierszy. Nie dotyka, nie wywołuje cierpienia, nie wywołuje rozpaczy.Życie ma smak dojrzałych brzoskwiń, leniwie wygrzewających się w słońcu. Życie ma zapach siana, tętni galopem koni w żyłach i trwa w tej jedynej, nieprzemijającej nigdy chwili wciąż w innym obrazie dnia.Zakwitają konwalie, dojrzewają truskawki, pomidory błyszczą słońcem na grządkach, jabłka spadają, kwitną mimozy, żółkną liście klonów i spada śnieg z dachu. Chwila trwa w zapomnieniu, w kropli przestrzeni i czasu, obraca się wokół świata. W tej kropli ja, nowa, spokojna, świadoma, żyjąca poza czasem, poza przestrzenią, poza bólem. Istniejąca we własnej, przytulnej samotności, a równocześnie połączona pełnymi światła niewidzialnymi nićmi z resztą samotnych kropel błądzących w mirażu wspomnień.


Ogród stoi w słońcu. Cień na tarasie chłodzi zmęczone plewieniem dłonie. To nadaje sens życiu. Czynności codzienne, wymuszone przez pory roku, pory dnia zgodne z rytmem ziemi noszącej nas cierpliwie, w swej spokojnej pełni dającej siły na przetrwanie. Życie w jej jednostajnym drganiu.Wiosną kopanie grządek, sianie. Latem plewienie, podlewanie. Zbieranie dojrzałych owoców jesienią. Zimowymi wieczorami pisanie przy rozgrzanym kominku.Ciepło ognia rozleniwia mięśnie, myśli błądzą w wyobraźni, marzenia dwojga spotykają się w jednej chwili, splatają na krótki moment dający siłę, radość, wolność. I potem znów można żyć, zamieniać dni puste w pełne, pełne radości i smutku, uśmiechów i łez, pełne codziennych zdarzeń nie wywołujących już bólu, tylko radość istnienia. Istnienie w samotności połączonej z drugą samotnością, wspólnymi marzeniami, wspólnymi pracami, ideami. Istnienie pełne miłości i światła.Nabrzmiała miłością cisza nasyca wnętrze. Świat płonie emocjami, biegnie zdyszany donikąd, myślami przebiega sekstyliony lat świetlnych.A miłość jest ciszą. Ciszą, która zawiera w sobie każdy możliwy ruch, każdą możliwą myśl, każdą możliwą emocję. Miłość jest radością bycia w tej jednej nieprzemijającej chwili. I to jest wolność. Wolność istnienia.


poniedziałek, 25 czerwca 2012

POD OPIEKĄ ANIOŁÓW


Urodziłam się w szpitalu wojskowym w Katowicach. Akurat tam był dyżur. W szpitalu panował wojskowy dryl i mamie nie wolno było założyć majtek. W każdym szpitalu na ginekologii i położnictwie teoretycznie nie wolno nosić majtek, ale zwykle po wizycie lekarskiej wszyscy te majtki zakładają. Zupełnie nie rozumiem jak można wymagać od kobiety po porodzie, żeby chodziła z podpaską i bez majtek. Biedna mama.
No więc, urodziłam się. Niezbyt mnie do tego życia ciągnęło, bo byłam podduszona pępowiną, która mi się owinęła wokół szyi. Położna wypchała mnie z maminego brzucha wieszając się na nim całym ciężarem, no i wypchnęła mnie siłą na ten świat, siną, oklejoną białą mazią, podobną do kosmonauty bujającego w próżni kosmicznej, połączonego pępowiną z macierzystym statkiem. Oczywiście na początek, żeby dodać mi życia, dali mi klapsa.
Tak więc moja pierwsza próba nie włączenia się w nurt życia nie powiodła się. Od tamtej pory myśl o śmierci towarzyszyła mi stale. Pętla życia zaciskała się na mojej szyi wielokrotnie, aż nauczyłam się rozluźniać ją oddechem, celowym, świadomym, pełnym bólu oddechem. Ból najpierw pojawił się w klatce piersiowej, a potem objął w swoje posiadanie całe ciało. Im bardziej boli, tym głębiej trzeba oddychać.

Pierwszych sześć lat spędziłam w samym centrum Katowic, o rzut beretem od rynku, w banku przy ulicy Bankowej, pilnie strzeżona przez wysokie mury, bramę z kolcami i strażników na portierni. Moim najlepszym przyjacielem w tych czasach był olbrzymi kasztanowiec rosnący w środku wyasfaltowanego podwórka otoczonego zewsząd murami. Zza jednego z nich wystawały ogromne drzewa wokół nieistniejącego już pałacu biskupiego, a z drugiej strony murowanego kwadratu ogromne drzewa na skwerku.
Skwerek w mojej pamięci był zawsze pusty, zacieniony, cudownie bezpieczny i był najpiękniejszym i najbardziej tajemniczym miejscem w moim świecie.
Drugim podobnie cudownym i tajemniczym miejscem był cmentarz przy ulicy Francuskiej. Równie wielkie drzewa i równie tajemnicze.
Ze skwerkiem nie kojarzą mi się żadni ludzie, aż do czasu, kiedy poszłam do szkoły i bawiłam się tam z koleżanką, której imienia ani twarzy nie pamiętam.
A cmentarz, to przede wszystkim Cyganie, których tajemniczy sposób obchodzenia Święta Zmarłych był niezwykle pociągający. Zawsze chciałam zobaczyć, co oni właściwie robią, ale oczywiście mi nie pozwolono. Mówili, że Cyganie przy grobach biesiadują, jedzą, piją, śpiewają. Robili dużo hałasu, co wywoływało skrępowanie dorosłych. Wszak na cmentarzu należy zachowywać się cicho, dostojnie i zachować smutek. Radość zupełnie do tego miejsca nie pasuje.
Cmentarz to również w mojej pamięci miejsce mojego poczęcia, chociaż nie jest to prawdą. Zostałam poczęta na kanapie w mieszkaniu moich dziadków na czwartym piętrze banku. Lecz mimo to zostało we mnie upodobanie do starych cmentarzy ze starymi drzewami i opuszczonymi grobami i wszelkich miejsc, w których nastrój przypominał nieistniejący dawno skwerek.

Marzenie o strychu – czy też swój początek ma na ulicy Bankowej? Wysoki, ciemny strych, cały umazany katowicką sadzą. Kojarzy mi się z praniem babci, które wisiało tam całymi tygodniami, bo nie miał go kto zdjąć i mama śmiała się, że jest całe w sadzy i właściwie można je z powrotem wsadzić do prania.
Babcia się bała chodzić na ten strych i pranie wieszali jej synowie i wtedy, czasami udawało mi się go zobaczyć. Taka wielka przestrzeń, cała bez ludzi. Podobno wujek Adam widział tam ducha swojego ojca tuż po jego śmierci, ale w niego nie uwierzył i przeszedł przez niego. Ciekawa jestem jak jego ojciec się wtedy czuł, czy też może jak ten duch się czuł.
I inny strych, nie pamiętam gdzie, czysty, jasny, drewniany, z suszącymi się orzechami laskowymi. Taki właśnie jest mój wymarzony strych – czysty, jasny, z suszącym się praniem, z ziołami wiszącymi z belek, z suszącymi się orzechami, a w zimie pachnący jabłkami i sianem. Przyprawiający o dreszcz erotycznej emocji nabrzmiałej słońcem i żywicą. Pełen samotnych myśli i samotnego nie-myślenia, miejsce uzdrawiającej samotności, miejsce spotkań z aniołami.

Światło prześwitujące przez liście ogromnych drzew za murem, gruchają gołębie, z daleka słychać tramwaje. Mała ja bawi się na asfaltowym podwórku. Najbardziej lubi wchodzić do portierni, siedzieć na kolanach strażnikom, dobrym duchom mojego dzieciństwa. Czuje się kochana, bezpieczna. Wszyscy ją lubią i rozpieszczają. Do strażników mówi po imieniu. Staszkowi każe nazywać liczby z coraz większą ilością zer : sto, tysiąc, milion, bilion, kwadrylion. Lubi go najbardziej ze wszystkich strażników.
Lubi też panią Kalicką, żonę Maniusia. Mieszkają też w banku, na pierwszym piętrze. Maniek, oprócz stróżowania robi w komórce za kuchnią buty. Jest to niezwykle fascynujące – buty, które są robione, klejone ze skóry na kopytach, a nie kupowane w sklepie. Są inne, tajemnicze i ekscytujące. Córka państwa Kalickich, Basia, później moja ciotka, ma najdłuższe włosy świata, marzenie kilkulatki. I ulubiona zabawa – czesanie. Czesze też rude, długie włosy przyjaciółki mamy. Ciocia Ania pozwala na te tortury, bo wtedy mogą z mamą spokojnie pogadać.

Znowu dworzec kolejowy. Kraków. Pierwszy raz byłam tu jak miałam kilka lat. Nie pamiętam ile. Jechaliśmy z Katowic na wieś na wakacje. W Krakowie była przesiadka na pociąg do Chabówki. W pociągu z Katowic był potworny tłok. Cała drogę siedziałam w korytarzu na walizce. Tekturowej szaro-niebieskiej walizce, w której cały rok mama trzymała rzeczy z innej pory roku. W zimie letnie, latem zimowe. Uwielbiałam wyjmować w zimie letnie sukienki mamy. Jej kreację sylwestrową – bluzkę z falbankami czerwoną w róże. Pamiętam tego sylwestra, gdy szyła ją do czarnej długiej spódnicy, do tego czarny pasek z broszką po prababci zamiast klamry i naszytymi koronkami. Chyba do tej pory marzę o takiej bluzce, do tej pory falbanki i róże chodzą mi po głowie.
Na wakacje walizka zmieniała swoje przeznaczenie i stawała się tym, czym była naprawdę, walizką, pudłem, do którego pakowało się rzeczy na podróż. I ławką, na której mama położyła poduszkę, żebym mogła się przespać. Bo jechaliśmy nocnym pociągiem. Popołudniu rodzice spali przed podróżą. Nie wiem czy spali naprawdę, czy tylko udawali, żeby mnie zmusić do spania. Ale ja nie spałam. Tak samo jak nie potrafiłam zasnąć po obiedzie w przedszkolu, tak samo teraz nie mogłam zasnąć. Wizja całonocnej podróży była tak ekscytująca, że nie mogłam tak po prostu spać. I w pociągu też nie spałam. Wiele lat jeszcze miałam powód do przechwalania się przed kolegami i kuzynem, że nie spałam całą noc, tak jakbym była dorosła.
W Krakowie wsiedliśmy do innego pociągu, bardziej egzotycznego, z ławkami z drewnianych listewek. Pamiętam mrok na peronach, światło w pociągu i swój paniczny strach, że tata nie zdąży. To wtedy, w tamtym pociągu z Katowic, rodzice zostawili koc, piękny nowy koc i tata pobiegł po niego, a ja umierałam ze strachu, że pociąg odjedzie bez niego. W moim dziecięcym umyśle czas nie istniał. I ten strach pozostał we mnie na zawsze. Do tej pory boję się, że się spóźnię na pociąg, czy autobus i zawsze jestem długo przed czasem.
Dworzec się wciąż zmienia, ale pociągi z Katowic wciąż przyjeżdżają i wciąż odjeżdża pociąg do Chabówki.

Zbliżają się święta. Wczoraj była Barbórka, jutro Mikołaj. Na dworze wiatr, cholerny śnieg, na chodnikach chlapa. Zimne, białe światło odbija się od białych ścian w pokoju. Cały dzień ponuro i lampy trzeba zapalać.

Miałam wtedy może pięć, może sześć lat. Rodzice postanowili święta spędzić na wsi, u gospodarzy, u których zwykle spędzaliśmy wakacje. Niewiele z tych świąt pamiętam. Brak prezentów, ponieważ rodzice postanowili spędzić te święta według tamtejszej tradycji. Na choince, małej, innej niż u dziadków, nie było zabawek ani ozdób, tylko małe, czerwone jabłuszka odkładane specjalnie na tę okazję w sianie na strychu. Pamiętam jeszcze dużo śniegu i jedyny raz słyszałam wtedy o rodzicach jeżdżących na nartach.
No i kolędnicy! Po ciemku. Stali za oknem, przy płocie, a ja dostałam histerycznego płaczu ze strachu. Nic nie pomagało tłumaczenie, że to moi koledzy i koleżanki przebrani za kolędników. Nic nie pomagało, że wszystkie elementy strojów znałam, bo pozabierali je ze stodoły naszych gospodarzy, jakieś sita do mąki, rzeszota, kosa, worki na zboże, kożuchy, bardzo proste stroje. Paniczny strach, mimo, że wiedziałam, że to tylko Krzysia i Staszek i Marek i Jasiek i Marysia. Twarze mieli zasłonięte i dla mnie to byli oni i nie oni. Straszna była taka odmiana, gdy coś znanego, dobrze znajomego stawało się czymś obcym, nieznanym, pierwszy raz widzianym.
Całe te święta były dziwne, wyrwane z kontekstu i utartego trybu życia, więc równocześnie straszne. Brakowało w nich ciepła i bezpieczeństwa, babci i dziadka, choinki sięgającej sufitu. Brakowało mi kolęd granych przez dziadka na harmonijce i śpiewanych przez całą rodzinę.

Choinka co roku była potężna, do sufitu, gdzieś pięć metrów nade mną. Miała gruby pień, który w mojej pamięci nierozerwalnie wiąże się z obrazem penisa dziadka oglądanego przez dziurkę od klucza w drzwiach łazienki, który wydawał mi się niewyobrażalnie wielki i gruby w porównaniu z peniskiem mojego kuzynka.
Znosiło się ze strychu starą, tekturową walizkę pełną zabawek, bombek, łańcuchów robionych przez wszystkich od lat. Co roku na dużym stole w pokoju dziadków robiło się nowe zabawki. Z kolorowych papierów, sreberek z czekolady zbieranych przez cały rok, z wydmuszek. Najpiękniejsze były cacka z wydmuszek i łańcuchy. I atmosfera. Osoba dziadka scalała całą rodzinę. Pamiętam słoneczne ciepło i serdeczność emanujące z dziadka i roztaczające się nad moim dzieciństwem jak tarcza chroniąca przed złem.
Po wigilijnym obiedzie i rozdaniu prezentów śpiewało się kolędy. Dziadek grał na harmonijce, a w najdalszych zakamarkach pamięci mam wrażenie, że również na skrzypcach, a wszyscy śpiewali. To był najpiękniejszy moment każdej Wigilii. Wszyscy śpiewali, zjednoczeni ciepłem i radością.
Byłam wtedy bardzo szczęśliwa. Czułam się bezpiecznie. Byłam kochana przez wszystkich: rodziców, babcię, dziadka, ciocię, wujków, sąsiadów i portierów w banku. Byłam chroniona przez anioły.
I tak było aż do śmierci dziadka i urodzin w tym samym dniu mojej siostry, po Sylwestrze, w szóstym roku mojego życia. Cały mój świat runął. Każda następna Wigilia była jak wybrakowana. Nie było takich kolęd i nie było jedności.

Uśmiechnięta mama trzyma na rękach zawiniątko. Mała ja stoi w drzwiach wielkiego pokoju. Mama siedzi na łóżku naprzeciw drzwi. I uśmiechnięta chce pokazać mi jak karmi się moją siostrę. Siostrę z rudymi włosami, wielkimi, granatowymi oczami, z diabelskimi błyskami w tych później zielonych oczach. Ona myśli, że ja jako przyszła mama jestem ciekawa jak się karmi niemowlę. Nic bardziej mylnego. Wcale mnie nie interesuje jak się karmi niemowlę. Lalki też wolę dorosłe, takie, którym można sprawiać nowe sukienki.
Nie rozumiem mamy. Co w tym przyjemnego? W patrzeniu jak ona ją karmi. Dlaczego ma mi się to podobać. Nie pamiętam, co czułam, ale pamiętam, że niewiele z tego okresu pamiętam. Mama gdzieś zniknęła. Wszyscy byli jakby nieobecni. Nikt nie zaprowadzał mnie do przedszkola. Dopiero wiele lat później zrozumiałam, co się wtedy stało. Mama była chora. Była w szpitalu. Niewiele brakowało, żeby umarła. A tata i ciocia zajmowali się mną, małą Beatą, babcią, która nagle, niczego się nie spodziewając została sama z jednym synem jeszcze nie dorosłym, drugim chorym. Nie tylko dla mnie był to przełom w życiu. Dla wszystkich w domu, ale chyba tylko ja nie wiedziałam, co właściwie się dzieje. Byłam opuszczonym nagle dzieckiem, któremu nie miał kto przygotować stroju na bal przebierańców w przedszkolu. I od tej pory już nie byłam dzieckiem. Po wakacjach poszłam do szkoły, razem z moim najmłodszym wujkiem, który chodził do ostatniej klasy.
Siedziałam w ławce z Krysią, cyganką, która fascynowała mnie swoją innością. Nie miała ani jednego zeszytu, ani jednej książki. W swej dziecięcej naiwności chciałam nauczyć ja czytać.

Rok później rodzice dostali mieszkanie spółdzielcze w Tychach. Wyprowadziliśmy się w połowie roku szkolnego, gdy chodziłam już do pierwszej klasy. Wyrwana ze znajomego otoczenia, pozbawiona ludzi, którzy mnie znali i lubili, naznaczona śmiercią i skrywaną nienawiścią do siostry, stałam się zamknięta w sobie, niechętna ludziom i nieśmiała. Okres szczęśliwości skończył się. Innego rodzaju anioły wzięły mnie pod swoją opiekę.

Spacery z psem. Wiatr, drzewa. Słońce na wrzosach przeświecające przez konary drzew. Żołędzie leżące wśród mchów. Pełnia szczęścia.
Zbierałam liście różnych drzew i krzewów. Suszyłam je w książkach. Miałam kolekcję wysuszonych płatków kwiatów – róże, tulipany, maki. Moje ulubione kwiaty wtedy to maki polne i chabry.
Przyroda była moim ulubionym domem. Rajem wydawał mi się ogród założony na tyłach szpitala wojewódzkiego stojącego po drugiej stronie ulicy. Były tam krzewy i drzewa, których nie znałam, które pięknie kwitły. Stale przynosiłam do domu bukiety albo z polnych kwiatów i ziół albo z gałązek ze szpitalnych krzewów.
Drzewa, kwiaty, pies – anioły tego okresu.

Burza. Granatowe niebo nad lasem i łąkami, przecinane co i rusz świetlistą błyskawicą. Najpiękniejszy widok świata. Tyle burz obejrzałam siedząc w oknie mojego pokoju w czasach, gdy nasz blok był przedostatnim blokiem przed łąką i lasem, gdy nie było jeszcze przelotówki z Katowic do Bielska, a droga wzdłuż naszego osiedla kończyła się kupą piasku wpośród łąki. Na łąkę chodziliśmy się opalać, dzieciaki bawiły się w piasku, a mamusie wystawiały buzie do słońca i ostrzegały dzieci przed wchodzeniem do lasu.
Siedząc w oknie i patrząc na błyskawice liczyliśmy sekundy między światłem, a grzmotem, który przetaczał się ponad naszym dachem. Ogarniało mnie delikatne podniecenie połączone z błogim spokojem. Czułam wtedy opiekuńcze skrzydła aniołów.
Uwielbiam burze. Uwalniają człowieka od upału, pozwalają odetchnąć pełną piersią naozonowanym powietrzem. Po całym znojnym dniu, kiedy muchy gryzą, a ludzie skaczą sobie do oczu, deszcz zmywa wszystkie emocje, strach i gniew, spłukuje ciało z potu. Wielkie oczyszczenie. Koty chowają się do łóżka przed deszczem.

Książki zastąpiły mi przyjaciół i porwały w krainę ułudy. Czytałam codziennie. Najpierw baśnie, legendy, mity. Świat wypełniały mi księżniczki, rycerze, smoki. Potem książki młodzieżowe i przygodowe, marzenia o pocałunkach i idealnej miłości, honor Winnetou i Tomka Wilmowskiego. Aż przyszła pora na Wiktora Hugo i poezję.
Dostałam od mamy adapter. Pierwszą z płyt była Ewa Demarczyk. I tak sięgnęłam do tomików wierszy Tuwima, Gałczyńskiego, Leśmiana, Staffa, leżących na półkach z książkami rodziców. A potem, nie znajdując go w domu, odkryłam w bibliotece Baczyńskiego. Potrząsnął moim życiem, poruszył strach tkwiący między żebrami.

Najprzyjemniejszy dom to pusty dom. Dom bez ludzi. Kiedy wszyscy wyszli, do pracy, do szkoły, do szpitala. A ja zostaję w domu sama. I wszystko wtedy jest możliwe, najpiękniejszy seks i najpiękniejszy wiersz. W samotności. Tylko z cieniem ludzi majaczącym gdzieś po kątach. Jak w dzieciństwie, kiedy jechałam do Babci, do wielkiego, na pół pustego mieszkania w Banku. Mogłam wdychać urojenia mojego wujka chorego na schizofrenię, pod jego nieobecność przeglądać płyty z ładnymi dziewczynami na okładkach, słuchać tej samej co on muzyki, przyglądać się wieczorami i nad ranem jego dziecinnym rysunkom genitaliów na ścianie przy łóżku. Mogłam wchłaniać każdym porem skóry rozerotyzowaną atmosferę niespełnienia wiszącą w powietrzu jego pokoju i ukrytą w jego pościeli.
Za oknem gruchały słodko gołębie, a po drugiej stronie ulicy ćwiczyli za oknami studenci Wyższej Szkoły Muzycznej. Tajemnica kryła się w wysokich oknach, w ciemnym, długim przedpokoju, w mrocznym korytarzu wiodącym z jednej strony na strych, z drugiej do mieszkania braci Bielackich. Byli przyjaciółmi mojego najmłodszego wujka, ledwie sześć lat starszego ode mnie. Kamil grał na gitarze i pianinie i wpadał czasami, żeby pogadać, kiedy nikogo nie było.

Anioły mieszkały w dzikim winie. Dzikie wino oplatało werandę i balkon. Balkon, który wychodził z naszego pokoju. Byliśmy na wakacjach w Kazimierzu. Mama, Beata i mały Maciuś. Wynajęty pokoik na piętrze w starym drewnianym domu. Dokarmiałyśmy myszy, które w szafce wyjadały nam chleb i herbatniki. Zamglone słońce opalało nam ramiona na plaży. Na zdjęciach z tych wakacji jestem smukła, wiotka i romantyczna. Dziewczyna oczekująca miłości i prawdziwego życia. Szczęśliwa, nieznająca przyszłości.
Prawdziwe życie rozpoczęło się trzy miesiące później, wraz z przyjaźnią z Karoliną i poznaniem Staszka. Anioły zostały, ukryte w dzikim winie. Porzuciłam je.


wtorek, 15 maja 2012

MOJE ŻYCIE Z WODNIKIEM




JAK WODNIK ROZPOCZYNA NOWE ŻYCIE


Mój mąż, Wodnik, postanowił rozpocząć nowe życie. Żeby było śmieszniej nie wymyślił nic nowego, tylko jako własny pomysł przedstawił to, o co go prosiłam przez dziesięć lat. Ponieważ żyjemy w cywilizacji dziesiętnej, po upływie dziesięciu lat spasowałam i wyczerpana czekaniem i przekonywaniem, pogodziłam się z tym, że do końca życia będę mieszkać w tym brudnym, hałaśliwym mieście.

Postanowił wszystko zmienić, bo po podziale fizycznym rodzinnej kamienicy okazało się, że zamiast mieć dochód z przypadających na niego mieszkań, musi do nich dopłacać, a tego nie mogła znieść jego sknerowata, położona w znaku Byka dusza. Dodatkowym bodźcem był fakt, że za trzy miesiące trzeba było zapłacić podatek od sprzedanego dwa lata wcześniej rodzinnego pałacu, powiększony o odsetki za zwłokę. Tego mój Wodnik z duszą Byka nie mógł znieść. Na szczęście, albo na nieszczęście, moja dusza również niefortunnie ulokowana w znaku Byka, też tego by nie zniosła, tym bardziej, że tęskniła bardzo za świeżym powietrzem, drzewami na wyciągnięcie ręki we własnym lesie i marchewkami wyhodowanymi we własnym ogrodzie. Więc przestawiłam się na początek nowego życia.

Należało jeszcze przekonać do tego dzieci, z których dwoje starszych, jak na prawdziwe Raki przystało, nie zamierzały opuszczać swojego miasta, swojej dzielnicy i swojego domu. Ale stwierdziliśmy, że tym razem nie będziemy się na nich oglądać, bo w końcu oni niedługo będą już dorośli i wtedy wrócą sobie do swojego ukochanego Krakowa, a my musimy wreszcie pomyśleć o sobie.

Plan Wodnika zakładał pozbycie się mieszkań w rodzinnej kamienicy w samym centrum Krakowa i wyprowadzenie się do domu z ogrodem pod Krakowem. Przemawiał za tym również fakt, że znów tkwiliśmy w długach, których nie było z czego spłacać.

Dwa mieszkania sprzedały się w tempie ekspresowym, po miesiącu byliśmy właścicielami sumy pozwalającej spłacić długi i kupić nieruchomość za kwotę, która chroniła nas przed podatkiem. Podniecona wizją spełniających się marzeń, przymknęłam oczy na wszelkie wady mojego Wodnika i z entuzjazmem rzuciłam się w wir szukania domku z ogrodem.

Niestety rychło okazało się, że za sumę, która chroniła nas od podatku nie da się kupić domku z ogrodem. Jeździliśmy przez miesiąc po okolicznych wsiach oglądając domy, które wynalazł dla nas pośrednik oraz te, które wypatrzyłam w ogłoszeniach gazetowych. Rychło też wyszło na jaw, że każde z nas inaczej wyobraża sobie domek z ogrodem. Dla Wodnika domek musiał mieć co najmniej 200 metrów kwadratowych, bo przecież nie będzie zamieniał tego co ma, czyli mieszkania 120 metrów, na coś mniejszego. Tymczasem dla mnie domek powinien mieć zaledwie połowę owych metrów. Zgodni byliśmy za to co do wielkości działki, na której domek miał stać i okolicy. Oboje widzieliśmy się tylko na działce minimum 30 arowej i co prawda inne motywy nami kierowały, ale kierunek był ten sam.

Przedstawiając kolejną porcję ofert pośrednik przez pomyłkę zaczął czytać opis domu i działki w cenie, która absolutnie nie była dla nas możliwa. Pośrednik szybko wycofał się, lecz zły duch czuwał. Opis brzmiał tak, że moja dusza nie zważając na nasze możliwości i nie czekając na to co ma do powiedzenia mój rozum, wyraziła chęć zobaczenia tego domu i tej działki. Więc po obejrzeniu kilku domów i działek, których cena i tak była dla nas za wysoka, trafiliśmy w miejsce, które było uosobieniem raju. Pośrednikowi nie udało się skontaktować w porę z właścicielem, więc posiadłość była pusta i zamknięta na głucho. Udało nam się tylko obejść wokół ogrodzenie i obejrzeć żywopłot, który wszystko zasłaniał. Żywopłot, który w październikowym słońcu mienił się wszystkimi jesiennymi kolorami i przyprawiał o zawrót głowy. Zakochałam się. W żywopłocie . Idealnie współgrał z moim wyobrażeniem żywopłotu, poruszał moją skorpionią tęsknotę za tajemnicą i pustelnią. Wokół były tylko łąki, las i błękit. Ten dom, którego jeszcze nie widziałam musiał być mój.

Następnego dnia Wodnik przejeżdżając przez tę okolicę wypytał sąsiadów, a ponieważ sąsiedzi dysponowali kluczami, obejrzał dom i to co za żywopłotem. Wściekłam się. Że obejrzał beze mnie i że się zapalił tak, że aż jasność od niego biła! Nie miał prawa się zapalać. Bo ja się zapaliłam! A jego obowiązkiem było ściągnąć mnie na ziemię, bo nie mieliśmy tyle kasy! Dlaczego do diabła znów ja musiałam wykazać się rozumem??? Dlaczego nie mogłam nigdy być szalona, a on mógł zawsze?

Kolejnego dnia pojechaliśmy wszyscy. Dom był wyjątkowo szpetny. Dwa razy za duży, z dwoma garażami, z potężnym, wybetonowanym podwórkiem, pokryty obrzydliwym, szarym sidingiem, z obrzydliwym, bordowym dachem z blachy falistej. Typowa produkcja z lat siedemdziesiątych. Tylko od strony ogrodu urzekał dużymi oknami na taras z widokiem na ogród, trzy stuletnie dęby i góry w oddali.

Równie koszmarny był wewnątrz. Wszystkie ściany pokryte od góry do dołu drewnianymi boazeriami w stylu lat siedemdziesiątych, w salonie z rewelacyjnym ukośnym wzorem z listewek. Na piętrze z desek i sklejki wzór, który nieodmiennie kojarzył mi się z kopalnią „Katowice” i holem w domu moich byłych teściów. Na podłogach mozaika drewniana, również wymysł lat siedemdziesiątych, na piętrze pewexowskie wykładziny i obrzydliwe różowe kafelki w łazience, również kupowane w osławionym pewexie. Czysty koszmar.

Ogród piękny, acz w niczym nie przypominający tego co obiecywał żywopłot. Podzielony na prostokąty, rabaty z różami na baczność, żywopłociki wystrzyżone na glanc.

Ale żywopłot i wcześniejsze wizje zrobiły swoje. Byłam zakochana i jak każda zakochana kobieta skłonna do idealizowania. Najpierw zobaczyłam w wyobraźni jak zapuszczam starannie wypielęgnowany ogród, pnącza i dzikie wino obrastają obrzydliwe ściany, nieskrępowana niczym przyroda dokonuje spustoszenia w uporządkowanym świecie stworzonym przez dotychczasową panią ogrodu.

Następna nasza wizyta łączyła się z poznaniem właściciela. Teraz już doskonale widziałam dlaczego ogród i dom wyglądają tak, a nie inaczej. Starsza pani, bardzo starsza z olbrzymim farbowanym na czarno kokiem, przygłucha, mrukliwa. I jej syn równie ciężko się rozkręcający, człowiek bez żadnych ambicji, pragnący tylko, żeby matka przestała mu ciosać kołki na głowie i zaganiać do wiecznego sprzątania, naprawiania i remontowania.

Domiszcze okazało się być domkiem letniskowym prywatnej inicjatywy produkującej srebrne medaliki z Matką Boską w latach osiemdziesiątych. Domek letniskowy liczył sobie 280 metrów kwadratowych plus piwnice plus stodoła.

Mój umysł nieśmiało usiłował zwrócić moją uwagę na fakt, że Wodnik poświęca stanowczo zbyt dużo uwagi stodole, mierzy ją pieczołowicie i wyraźnie ma wobec niej bliżej niesprecyzowane zamiary, ale rozszalała wyobraźnia zdusiła wszelkie wątpliwości i zajęła się projektem domu, który odszukał w czeluściach pustej, stylowej meblościanki nasz gospodarz. Byłam zachwycona. Dom na projekcie był piękny. Moja wyobraźnia jeszcze przez całą zimę produkowała projekty zmian i remontów.

Na całość jednak wciąż nie było nas stać. Wodnik zapalił się tak bardzo, że postanowił sprzedać również swoje ukochane 120metrowe mieszkanie, w którym mieszkaliśmy, a ponieważ czasu było mało, po wielu dyskusjach i wizytach w Urzędzie Skarbowym na trzy dni przed terminem, w połowie grudnia staliśmy się szczęśliwymi posiadaczami stodoły i 70 arów ziemi z kawałkiem lasu oraz umowy przedwstępnej na zakup domu i pozostałych 40 arów. Niestety mój ukochany żywopłot rósł na tych niepewnych 40 arach. Za to miałam dwie cudowne, stare rosochate wierzby, stuletnią lipę, rząd brzóz, jesionów i jaworów oraz kilkadziesiąt młodych modrzewi i 15 arów starego lasu w parowie na końcu działki. Teraz trzeba było uzbroić się w cierpliwość. Mieliśmy rok na sprzedaż mieszkania.


JAK WODNIK ZAKŁADA OCZKO WODNE



Jak Wodnik zakłada oczko wodne na swojej działce? To proste. Zaczyna od posadzenia wierzb duńskich. Takie wierzby uprawia się po to, żeby mieć czym ogrzewać dom. Kupuje się do tego specjalny piec, specjalną maszynę do cięcia gałązek wierzby na kawałki i pakowania ich w pęczki, które potem wrzuca się do pieca. Po kupieniu setki wierzb Wodnik liczy ile ma metrów sześciennych drewna w lesie. Wychodzi zawrotna liczba, co pozwala obliczyć Wodnikowi, że drewna na opał starczy mu na najbliższe 60 lat. Ponieważ sam ma już lat 50, więc do końca życia ma problem z głowy. Ale wierzby zostały już kupione. Wodnik zatem zaangażował całą rodzinę, znajomych i przyjaciół, żeby w marcu przekopać pasek ziemi w celu ich posadzenia. Trzeba było się spieszyć, bo zakupione wierzby mogły czekać na sucho tylko dwa tygodnie. Potem wierzby trzeba było, według instrukcji, obficie podlewać. Zatem Wodnik podlewał je wytrwale cztery dni bez przerwy. Czwartego dnia wody zabrakło. Wodnik został okrutnie zbesztany przez sąsiadów, z którymi miał wspólny wodociąg ze źródełka w lesie. Żeby zrobić sąsiadom na złość zaczął zwozić na działkę wodę z miasta. Rodzina, znajomi i przyjaciele zostali zaangażowani do zbierania pojemników i butelek na wodę, po miesiącu upartego wożenia wody na działkę było 2000 l zmagazynowanych w dwudziestolitrowych pojemnikach używanych do pakowania leków w hurtowni, dla której nasz Wodnik pracował. Wtedy Wodnik wpadł na genialny pomysł zbierania deszczówki do tychże pojemników. Dwa miesiące później w hurtowni zaczęło brakować pojemników. Wody trzeba było się pozbyć, pojemniki oddać. Wtedy Wodnik sprowadził koparkę i kazał wykopać dwa doły, jeden większy, drugi mniejszy. Wyłożył je niebieską folią kupioną w składzie budowlanym. Bóg jeden raczy wiedzieć do czego w założeniu folia ta miała służyć, w każdym razie teraz służyła jako dno dwóch oczek wodnych. Wodę można było już przelać z pojemników do oczek, dumny z siebie Wodnik tym razem zaangażował co silniejsze jednostki rodzinne i przyjacielskie do przenoszenia wody do stawów, odległość co prawda zaledwie 50m, ale 20 l to nie fraszka. Zatem Wodnik poszedł po rozum do głowy i z węża ogrodowego, butelek po pepsi i dużego lejka stworzył grawitacyjny system przelewania wody do stawu. Teraz cała rodzina przelewała wodę z pojemników do lejka w tempie 2 l na 5 minut. Ponieważ nawet najwytrwalsi mieli już wody po dziurki w nosie, Wodnik zakupił pompkę używaną do akwarium i woda wreszcie przelewała się sama, trzeba było tylko przenosić pompkę co 20 minut z jednego pojemnika do drugiego, nastawiając budzik, żeby nie zapomnieć. Kiedy wody została już resztka, Wodnik znudzony rutynowymi czynnościami zakupił solidną pompę wodną za jedyne 300zł i cała reszta wody została przelana do stawu w pół godziny.

Cała rodzina pobiegła sprawdzić efekt. W stawie było 30cm wody.

No tak. A nad wodą wznosiły się metrowe brzegi stawu wyłożone piękną błękitną folią....

Nie pozostało Wodnikowi nic innego jak puścić do stawu wodę z kranu. Robił to tak uparcie, że w końcu stary hydrofor nie wytrzymał i dwa okoliczne domy zostały na długo bez wody, łącznie z pomidorami hodowanymi przez sąsiada pod folią i będących jedynym źródłem utrzymania jego rodziny. Drobnym efektem ubocznym było kilka potwornych awantur i dozgonna nienawiść paru osób do Wodnika i jego rodziny trwająca aż po grób.



Zaraz po posadzeniu wierzb postanowiliśmy doprowadzić do stanu używalności pas ziemi nie obsadzony modrzewiami. Wodnik sprowadził chłopa z koniem i pługiem, który miotał się z wściekłością między ogrodzeniem, a rzędem świeżo posadzonych wierzb i klął na czym świat stoi. Cierpliwie to znosiłam ponieważ w mojej głowie tkwiła wizja ogrodu biodynamicznego. Tymczasem Wodnik, którego rośliny nie interesowały nic a nic, zajął się wpuszczaniem do stawu ryb.

Ponieważ były nowością i były żywe, Wodnik zawzięcie je karmił. Czytać nie lubił, jeździł do wszystkich znajomych bliższych i dalszych i znajomych tych znajomych i wypytywał o hodowlę karpi. W efekcie przez kilka miesięcy codziennie jeździł do Konar, żeby nakarmić ryby, angażując w to oczywiście sąsiadów i rodzinę, po to, żeby któregoś pięknego dnia stracić całe zainteresowanie i zostawić je samym sobie.

Tymczasem nasze najmłodsze dziecko dostało amoku na punkcie roślin wodnych. W ciągu następnych dwóch lat znał na pamięć wszystkie nazwy polskie i łacińskie roślin wodnych rosnących w Polsce i zapragnął oczywiście wszystkie je mieć w stawach. Zmusił nas do wycieczek nad wszystkie okoliczne rzeki i zbiorniki wodne oraz do niezapomnianych wakacji na Mazurach. Niestety jest również Skorpionem, na dodatek z pedantycznym odchyłem w stronę Panny, więc jego udana współpraca z Wodnikiem skończyła się, gdy odwiedził kilka sklepów ogrodniczych i przeczytał kilka książek o zakładaniu oczek wodnych. Metody Wodnika stawiały wszystko na głowie, wszystko robił w oryginalnej, nietypowej kolejności nie pozwalającej na właściwe posadzenie roślin i pielęgnowanie ich.


Całe lato spędziliśmy w małej kanciapce wydzielonej w stodole, rozkoszując się przelewaniem wody z pojemników do stawów i kłótniami z sąsiadami. Dla uspokojenia skołatanych nerwów wyhodowałam z nasion 300 sadzonek poziomek. Poziomki w skrzynkach zajęły cały taras, a w tym czasie z mozołem przygotowywałam miejsce na ich posadzenie. Ich przytłaczająca ilość zmusiła mnie do rozstania się z połową z nich i rozdania wszystkim znajomym, którzy mieli ogród. Ale równocześnie odkryłam to co przeczuwałam od dzieciństwa, że hodowanie roślin, przesadzanie ich i krótko mówiąc grzebanie się w ziemi to moje ulubione zajęcie.


Z końcem lata przeniosłam się z powrotem do miasta, sprzątając co chwilę mieszkanie, żeby wyglądało zachęcająco dla potencjalnych klientów. Niestety Wodnik w iście proroczy sposób wybrał na sprzedaż mieszkań okres największego zastoju na rynku nieruchomości na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat. I najniższych cen. W efekcie, po roku mieszkanie wciąż było naszą własnością. Dla jednych było za duże, dla innych za drogie, dla jeszcze innych za oryginalne. Cóż w końcu budował je Wodnik, więc nie mogło być normalnym przeciętnym mieszkaniem. Miało tak wielkie okna jakie tylko udało się Wodnikowi załatwić z komunistycznym Wydziałem Architektury Urzędu Miasta. Nigdy nie było na nich firanek, więc żyliśmy prawie jak na dachu świata z głowami w chmurach, z widokiem na każdy wschód i zachód słońca, na Wawel i ogród księży misjonarzy w dole. Niestety widoki z okien pełne błękitu i zieleni dla większości oglądających nie stanowiły przeciwwagi dla nieszczelnych, starych okien, krzywych ścian, niewykończonych podłóg, drzwi straszących dyktą i stalowych drzwi wejściowych pamiętających czasy, gdy nasze mieszkanie było strychem pełnym pajęczyn i sadzy, obsranym przez gołębie.



JAK RAKI GRAJĄ NA NERWACH RODZICOM




Tymczasem nasze dzieci uprzejmie zadbały o to, żeby przez zimę nam się nie nudziło. W dzień Wigilii Bożego Narodzenia, około południa, pomiędzy zupą grzybową, a ucieraniem maku, dzwoni domofon. Odbieram. Uprzejmy pan policjant pyta, czy może wejść. Ponieważ jestem dobrze wychowana, a przynajmniej staram się tak zachowywać jakbym takie wychowanie odebrała, niezależnie od tego, co naprawdę mam ochotę zrobić, zgodziłam się, żeby pofatygował się na nasze ostatnie czwarte piętro. I między tą zupą grzybową, a makiem na makówki, odbyłam najdziwniejszą rozmowę w moim życiu.

Panów policjantów weszło dwóch, a z nimi Staś i jego kolega Marek. Jeden z policjantów trzyma kij baseballowy i pyta mnie:

- Czy pani wie co to jest?

Odpowiadam zgodnie z prawdą:

- Nie wiem.

Na co się dowiaduję:

- Kij baseballowy.

- Aha - robię mądrą minę, choć dalej nie wiem co złego jest w kiju baseballowym.

- Czy pani wie, że jest zakaz chodzenia po mieście z takim kijem? Chyba, że się ma zaświadczenie z klubu sportowego, że się trenuje baseball.

Informacja rozśmiesza mnie niemożebnie, ale ponieważ policjant jest poważny, a do tego niezwykle uprzejmy, hamuję śmiech w zarodku. Minę jednak muszę mieć nieziemsko głupią.

- Coś takiego! - jestem szczerze zdziwiona, bo baseball nie interesuje mnie w żadnym stopniu, kij taki widzę pierwszy raz w życiu na oczy i zupełnie nie rozumiem co to może mieć wspólnego z moim piętnastoletnim dzieckiem. Gdyby trzymał w rękach piłkę do kosza rozumiałabym doskonale, ale kij do baseballa?? Jestem coraz bardziej zdziwiona i całkowicie spokojna, wręcz rozbawiona i zupełnie nie rozumiejąca, co oni w Wigilię robią w moim domu.

Staś minę ma niewyraźną, ale nie biorę tego pod uwagę, bo jedyne, o co mogę go podejrzewać, to, że ktoś go w coś wrobił, bo on sam od siebie nie był w stanie zrobić nikomu krzywdy, chyba, że w obronie słabszego. Więc z uśmiechem czekam na jakieś wyjaśnienie sytuacji.

- Pani syn chodził z tym kijem po ulicy, na dodatek na nasz widok schował go w bramie.

- Ach tak?

- Czy pani widziała już ten kij?

- Nie - dalej jestem spokojna i rozbawiona, bo sytuacja jest absurdalna.

Zapraszam panów do pokoju, bo coś tam mam podpisać. I tu dochodzi do czegoś niewyobrażalnego, i tylko moje dobre wychowanie powstrzymuje mnie od wybuchnięcia śmiechem, a także wrodzona dbałość o to, żeby nikogo nie urazić. Śmiech wibruje w mojej głowie, a na twarzy mam coraz bardziej głupawy uśmiech. Otóż pan wręczył mi długopis, papier i kazał pisać:

" Kwituję odbiór mojego syna Stanisława Poniatowskiego

Krystyna Nuda-Poniatowska"

Zawiadamiają mnie, że kij zabierają do depozytu i wychodzą zabierając ze sobą Marka, którego również muszą odprowadzić do domu, a ja wracam do pokoju kulając się ze śmiechu. Staś usiłuje się tłumaczyć, ale zanim cokolwiek do mnie dotarło znów dzwoni domofon, znów panowie policjanci wdrapują się na czwarte piętro i proszą, żebym pokwitowała odbiór Marka, bo jego rodziców nie ma w domu, a nie chcą w taki dzień zgarniać go na komisariat, więc piszę ponownie:


"Kwituję odbiór Marka Króla

Krystyna Nuda- Poniatowska"

Panowie wychodzą, a ja zwijam się ze śmiechu. No i żądam wyjaśnienia tej niecodziennej historii. Więc Artur, kolega Stasia, chciał kupić sobie kij do baseballa, Staś pośredniczył w zakupie od jakiegoś męta z Kazimierza i kij chwilowo był u Stasia. A dziś było nudno, więc z Markiem postanowili spróbować jak się w to gra. Poszli na planty, niestety piłkę porwał im jakiś pies i nie chciał oddać, poza tym był od nich szybszy, więc postanowili wrócić do domu. Staś odprowadzał Marka do bramy i jeszcze stali pod bramą rozmawiając, gdy ulicą przejechał radiowóz, kilkanaście metrów dalej zatrzymał się, więc Staś świadomy tego, że posiadanie kija jest nielegalne, schował go za drzwi bramy. To wystarczyło, żeby wydali się policjantom podejrzani, radiowóz cofnął się i panowie z chłopcami i kijem wylądowali pod naszym domofonem.

Miesiąc później dostaję wezwanie do Białego Domku, gdzie odpowiadam na szereg idiotycznych pytań. Zeznania pan policjant zapisuje na rozklekotanej maszynie do pisania, takiej jakiej używałam dwadzieścia lat temu w mojej pierwszej pracy. Co drugie dziecko w tym mieście miało własny komputer, a policjant miał starą maszynę do pisania.

Na koniec pytam czy mogę dostać z powrotem kij, bo Artur się o niego upomina i cóż się okazuje? Kij zniknął, wyparował, podobno mam go ja, bo w papierach nic nie ma na ten temat.



Bliżej wiosny, gdy zaczęło robić się ciepło, Staś z Dominikiem postanowili zrobić imprezę. Mama Dominika pojechała na gościnne występy do Tarnowa, chata wolna. Staś miał nocować u Dominika jak kilka razy wcześniej, żeby dodać mu otuchy, bo samemu niewyraźnie być w domu. Czułam przez skórę, że coś się szykuje. W końcu czas mijał nieubłaganie i wkraczali już w wiek dorastania, najwyższa pora była na ekscesy. Domyślałam się więc, że po kryjomu organizują imprezę, ale ze stoickim spokojem uznałam, że jest to jak najbardziej właściwe. Dołożyłam Stasiowi jakieś złote, bo chcieli kupić sobie coś do "jedzenia". I dobrze.

Dobrze było do północy. Wodnik poszedł już spać, ja leżałam czekając na sen, gdy zadzwonił telefon. Rozhisteryzowana mama Dominika wrzeszczała w słuchawkę coś o policji, żebyśmy natychmiast tam jechali sprawdzić, co się dzieje. Zbudziłam Wodnika, który stwierdził, że nigdzie nie jedzie, bo rano musi wstać do pracy. Zadzwoniłam do domu Dominika, nikt nie odbierał, uznałam więc, że nie ma sensu tam jechać. Zadzwoniłam zatem na komórkę Stasia, też nie odbierał. Często nie odbierał, wiec się tym nie przejęłam zbytnio. Pomyślałam, że pewnie przenieśli się w plener i chodzą po plantach. Wodnik spał dalej. Siadłam w fotelu i na wszelki wypadek, zobligowana telefonem mamy Dominika, nie licząc na efekty dzwoniłam, co jakiś czas na zmianę do domu Dominika i na komórkę Stasia. O dziwo za którymś razem Staś odebrał. Niestety nie dało się z nim rozmawiać. Pomyślałam, że chyba ta impreza musiała być mocno alkoholizowana, bo myślał jeszcze ciężej niż zwykle. Pytam więc go spokojnie acz dobitnie:

- Stasiu, gdzie jesteś?

Odpowiedzi brak.

Tknięta przeczuciem i sugestią mamy Dominika pytam:

- Stasiu, jesteś na policji?

Zero odpowiedzi, ale w tle słyszę głos koleżanki, który mu podpowiada, że tak, na policji.

- Stasiu, gdzie na policji?

Oczami wyobraźni widzę jak Stasiu zdezorientowany patrzy wokół siebie, a w słuchawce słyszę głos Nataszki i wreszcie dowiaduję się, że są w Białym Domku i żeby po niego przyjechać. Wyciągam więc Wodnika z łóżka, w końcu jest mężczyzną, poza tym nie mam prawa jazdy, a nie chce mi się po nocy latać przez pół miasta. Po drodze Wodnik się rozbudza i podekscytowany sytuacją staje się bardzo sympatycznym facetem. Na komisariacie załatwia wszystko. Policjanci są szczęśliwi, że pozbywają się problemu. Na dodatek potrójnego problemu, bo zabieramy też dwie koleżanki, których rodzice wyjechali na weekend, a nie chcą biedactwa niepokoić babci. Dominika odbiera przyjaciel jego rodziców.

Dopiero na ulicy zaczęły się problemy. Nasza piętnastoletnia latorośl w dalszym ciągu nie miała pojęcia gdzie się znajduje i co się stało. Do samochodu z trudem doszedł, wwalił się na tylne siedzenie, położył wystawiając nogi za drzwi i długo nie dało mu się wytłumaczyć, że na to samo siedzenie muszą się zmieścić koleżanki. Nie dość, że był kompletnie pijany, to spał w każdej pozycji, nawet idąc ulicą.


Odwieźliśmy koleżanki do domu na drugi koniec miasta i wróciliśmy do siebie.

Dopiero następnego dnia udało nam się dowiedzieć jak historia wyglądała od strony młodocianych przestępców. Stasio z Dominikiem zaplanowali sobie kameralną imprezę na ośmioro oczu, oni i dwie koleżanki i mieli zobaczyć jak to jest się upić. W trakcie imprezy dołączył do nich Borys, etatowy klasowy rozrabiacz i zaczęła się polka. Bieganie w te i we w te na podwórko, do sklepu, do ogrodu itd. Głośna muzyka. I rąbnięta sąsiadka za ścianą. O ósmej już dzwoniła na policję, że chuligani rozrabiają. Policja się zjawiła, zobaczyła paru młodocianych słuchających muzyki i się zmyła. Impreza trwała nadal, niestety Stasiu jej nie pamięta, bo się ululał i od dziesiątej słodko spał. Koło północy wszyscy już spali, wtedy znów zjawiła się policja wezwana przez upierdliwą sąsiadkę, wywlekli ich z łóżek i zabrali na komisariat. Stasia na tyle nieprzytomnego, że nie wiedział co w ogóle jest grane.


Tym razem nie wzywali mnie na komisariat, żeby cokolwiek wyjaśnić.

W połowie grudnia minął termin wykupienia domu. Właściciel wciąż liczył na to, że dom mimo wszystko kupimy. Ale z naszej strony perspektywa sprzedaży mieszkania przy obecnych cenach i wykupienia domu stałą się mało sensowna. Zostalibyśmy z domem do remontu bez środków na remont i środków do życia.

W tej sytuacji moja dusza przypomniała sobie Wodnika mierzącego zawzięcie stodołę, a wyobraźnia uwielbiająca nowe wyzwania ruszyła. Przebudowa i remont domu były przez nas tak dogłębnie obmyślane, przemyślane i obgadane, że nie były już żadnym wyzwaniem. Natomiast stodoła – ooo! To co innego!

Można było od nowa łamać sobie głowę, poczynając od tego jak załatwić pozwolenie na budowę, jak zrobić działkę budowlaną na terenie rolnym, aż po wykombinowanie jak w sześćdziesięciometrowym budynku najtańszym sposobem zrobić prawdziwy dom.

W tym momencie nasz pośrednik znalazł klienta na ostatnie mieszkanie w rodzinnej kamienicy. Suma jaką za nie dostaliśmy nie starczała na zakup domu, ale starczała na przebudowanie stodoły na dom, a w efekcie mogliśmy wrócić do wersji wynajęcia mieszkania pod Wawelem za pieniądze dostarczające środków na utrzymanie.





JAK WODNIK BUDOWAŁ DOM




Wodnik załatwiał wszystko równocześnie. Ponieważ większość dorosłego życia spędziłam w remontach właśnie budowanych i nigdy nie skończonych domach, tym stanowczo zdecydowałam, że budować dom moich marzeń od A do Z będzie jedna firma i nie wprowadzę się tam dopóki wszystko nie będzie zrobione. Choć raz w życiu chciałam mieć prawdziwy dom, niekoniecznie drogi i luksusowo urządzony, ale w całości wykończony.

Sprowadziliśmy szefa firmy budowlanej, której działalność obserwowaliśmy przez poprzednie pięć lat na własnym podwórku, gdzie wciąż trwał remont łaźni rzymskiej zbudowanej niegdyś przez rodzinnego pradziadka, a obecnie przerobionej na Muzeum przyrodnicze chlubiące się jedynym w Europie egzemplarzem wypchanego białego nosorożca.

Cena podana przez szefa firmy budowlanej okazała się śmiesznie niska. Oczywiście, będąc nigdy nie dowierzającym skorpionem, założyłam, że to trick marketingowy, a po drodze okaże się, że ileś rzeczy trzeba będzie zrobić drożej i jak zwykle bywa przy remontach wyjdzie w praniu parę rzeczy, których nikt brał pod uwagę i do podanej ceny dodałam jeszcze jej połowę. Suma dalej była urzekająco osiągalna.

Pozostało przełamać opory gminnego architekta, przymulastego, tępego faceta, odpornego na wszelkie logiczne argumenty poza całkiem logicznymi argumentami w postaci szeleszczących papierków wydawanych przez Bank Polski.

Udałam się do znajomej architektki – stażystki, ponieważ jej słońce w znaku Panny stwarzało nadzieję na solidną pedanterię i znajomość przepisów prawa budowlanego. Nie zawiodłam się, Panna z moją pomocą zrobiła inwentaryzację budynku, pomogła w rozwiązaniu kilku problemów architektonicznych, które spędzały mi sen z oczu, na przykład umiejscowienie krętych schodów na piętro, które w żaden sposób nie chciały mi się zmieścić. I poddała genialną myśl, żeby zrobienie projektu zlecić architektowi gminnemu, co pozwoliło całkowicie go spacyfikować i zaspokoić jego szeleszczące potrzeby w legalny sposób, czyli zapłaciliśmy łapówkę nie płacąc jej. Architekt znęcony wizją dodatkowych papierków, o cudzie!, zaczął myśleć. I wymyślił to samo co wiedzieliśmy od roku, a czego wcześniej absolutnie nie dało się zrobić.

Zaczęliśmy zatem szukać brakującego nam półtora hektara ziemi w tej samej gminie, co było warunkiem uzyskania pozwolenia na budowę. I tutaj z pomocą przyszedł nam miejscowy geodeta, ujęty faktem, że zawierzyliśmy jemu omijając geodetów z Krakowa i oczywiście widząc szansę zrobienia co najmniej kilku mapek, za które mu zapłacimy. Wymyślił mianowicie, że owych hektarów nie musimy kupować, bo wystarczy je wydzierżawić. Od kogo? Oczywiście od braci Bonifratrów, bo mieli ich dużo i nie używali. Ponieważ my też nie zamierzaliśmy ich używać doszliśmy do porozumienia z księdzem. I wtedy architekt zaczął główkować intensywniej, bo sąsiadujący z nami właściciele działek oprotestowali nasze zamierzenia. Były to tereny rolne, a im , starającym się od lat o przemianowanie działek na budowlane stale odmawiano. A tu takim z miasta załatwia się sprawę od ręki! Tak być nie mogło!

W obliczu buntu ludu miejscowego architekt musiał skapitulować.

Tymczasem budowa się zaczęła. Firma wodociągowa właśnie przekopywała pole sąsiada, żeby podłączyć nam wodę, umowa z firmą budowlaną podpisana, a pozwolenie w lesie. Architekt poszedł po rozum do głowy i wpadł na genialną myśl, że przecież istniejący budynek gospodarczy można przekwalifikować na mieszkalny. Iście rewolucyjna myśl, zważywszy na to, że pół roku wcześniej moją propozycję takiego przekwalifikowania uznał za niemożliwą.

I w ten sposób szczęśliwie ominęliśmy biurokratyczne zakręty, ubiegając o trzy dni zmianę przepisów prawa budowlanego, a w tym samym czasie stary dach został już dawno rozebrany, ściany podciągnięte, dobudowana weranda, a ja jeździłam z kierownikiem budowy wybierać kafelki do kuchni i łazienki.